Wojciech Górecki, Toast za przodków
Grudzień 27, 2011

W porównaniu z „Planetą Kaukaz”, gdzie polski autor poszukiwał dla siebie właściwej formy pisarstwa, eksperymentując z różnymi stylami narracji, opublikowany z tym roku najnowszy zbiór reportaży Wojciecha Góreckiego „Toast za przodków” można nazwać książką bardzo dojrzałą. W „Toaście za przodków” warto wymienić dwie, moim zdaniem, najważniejsze cechy twórczości Góreckiego – erudycyjność i literackość. Po lekturze tej ksiązki zrozumiałem, że ten autor na pewno nie jest typem włóczęgi-reportera, poszukującym ekstremalnych doznań i autentycznych ludzkich historii, tak jak bliski mu tematycznie Jacek Hugo-Bader. Ktoś napisał, że Górecki jest autorem podróżującym z plecakiem pełnym książek, i chyba miał rację. Dla niego liczy się przede wszystkim całościowe spojrzenie na rzeczywistość, a nie poetyka fragmentu. Jego reportaże nie są luźnymi notatkami z podróży, lecz raczej pretendują na bycie kompendium wiedzy.
„Toast za przodków” to zbiór dwudziestu trzech reportaży o państwach Kaukazu Południowego: Azerbejdżanie, Gruzji i Armenii, z czego prawie połowa przypada na ten pierwszy kraj, co jest zrozumiałe, ponieważ Górecki spędził w nim pięć ostatnich lat swego życia. Najpierw jako radca, a następnie – pierwszy sekretarz polskiej ambasady w Baku. Kaukaz – Europa czy Azja? To pytanie jak refren powtarza się w reportażach Polaka. Odpowiedzi na nie szuka na konferencjach naukowych i ucztach biesiadnych, w rozmowach z prostymi ludźmi i państwowymi dygnitarzami. Ale od razu należy dodać, iż raczej podkreśla on istnienie ponadnarodowych czynników łączących kaukaskie narody i kładzie nacisk na opisywanie wzajemnego przenikania kultur, aniżeli eksponuje różnice i podziały. W muzułmańskim Azerbejdżanie uwagę Góreckiego przyciąga naród Udinów, wyznających chrześcijaństwo. W Gruzji – muzułmańskie świątynie drewniane, znajdujące się w Adżarii. A do rangi symbolu Kaukazu urasta targowisko, a właściwie giełda towarowa w gruzińskiej wsi Sadachlo, dziś już nieczynna, na której nawet w czasie najtragiczniejszych momentów w swojej współczesnej historii, handlowali ze sobą Ormianie, Azerbejdżańczycy i Gruzini. W świecie zjawisk literackich Górecki jest zafascynowany twórczością piszącego po niemiecku współczesnego pisarza Kurbana Saida, który dzieciństwo spędził w Baku, a w swojej powieści „Ali i Nino: historia miłości” opisał losy dwojga kochanków: dziecka Azji Azerbejdżańczyka Ali i uważającą się za Europejkę Gruzinki Nino. Zachwyt Polaka wzbudziła biografia mieszkającego w XVII wieku genialnego ormiańskiego poety Sayat – Nowa: „Był Ormianinem, większość życia spędził w Gruzji, a najczęściej pisał po azerbejdżańsku. Niektóre wiersze są napisane w połowie po azerbejdżańsku, a w połowie po ormiańsku. Zachował się wiersz, w którym każda z czterech zwrotek napisana jest innym językiem, do tego w trzech różnych alfabetach”. Na pytanie o europejskość czy azjatyckość Kaukazu nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi, gdyż granica wtedy by przebiegała przez całe rodziny, wsie i domy. To pytanie w książce Góreckiego jest czymś w rodzaju intelektualnej prowokacji, mającej na celu uwypuklenie wielokulturowości Kaukazu, którego narody od wieków żyją na pograniczu różnych religii i cywilizacji.
„Toast za przodków” można uznać za kontynuację „Planety Kaukaz”, ponieważ ludzi mieszkających po obu stronach kaukaskiego grzbietu nurtują podobne problemy. Przede wszystkim: „kto jest najstarszym narodem?”. Odpowiedź na nie ma pomóc w udowodnieniu prawa do posiadanej ziemi, na którą z zazdrością patrzy sąsiad zza miedzy. Mamy tutaj do czynienia z notorycznym nadużywaniem historii do celów politycznych i dość elastycznym pojęciem obiektywizmu. Górecki opisuje los Żory, lokalnego aktywistę, działającego na rzecz odrodzenia narodowego Udinów i wskrzeszenia Kościoła Albanii Kaukaskiej, uniezależnienia azerbejdżańskich chrześcijan od ormiańskiego katolikosa. Ale bohater reportażu chyba nie przypuszczał, że jego pracę zawłaszczą politycy, a istnienie Udinów zostanie wykorzystane jako dowód potwierdzający słuszność teorii Buniatowa, iż Azerbejdżańczycy wcale nie są przybyszami, którzy tutaj przewędrowali w okresie IX – XI wieku, lecz autochtonami, sturczonymi Albańczykami Kaukaskimi. Z kolei Ormianie, którzy i tak mogą się poszczycić ponad tysiącletnią historią, „anektowali”, jak gdyby na wszelki wypadek, starożytne państwo Urartu, przesuwając genezę własnego narodu do VII w. p.n.e. Oprócz tego, Górecki zajął się dramatycznym losem uchodźców z Górskiego Karabachu („Punkt widzenia”), opisał wzloty i upadki kariery politycznej ojca azerbejdżańskiego narodu Hejdara Alijewa („Wódz”). Nie mogło w jego tekstach zabraknąć też tematyki religijnej. W ciekawym reportażu „Pir” opisał życie ludowego świętego Agi. Jego kult należy do tzw. nurtu islamu „ciemnego” i „nieoficjalnego”, na który niechętnym okiem patrzą mułłowie.
W niektórych reportażach, składających się na „Toast za przodków”, Górecki ewoluuje w kierunku literackości, zaś jego teksty zaczynają przypominać bardziej formy prozatorskie, takie jak opowiadanie lub szkic. Z tym zjawiskiem mamy do czynienia w reportażu „Wnuczka imama”, w którym autor zajął się dość modnym dziś problemem emancypacji muzułmanek. Narrator opisał w nim życie Guilnary, pochodzącej z konserwatywnej rodziny, która wybrała jej na męża chłopaka ze swojego klanu. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że ulegając woli krewnych skazałaby siebie na bezmyślną wegetację, choć byłaby wzorową muzułmańską żoną i matką. Ale jest za ambitna, skończyła doktorat w Paryżu, gdzie poznała Pierra. Miota się pomiędzy biernym poddaniem się azjatyckiej tradycji a zachodnim indywidualizmem. W końcu wychodzi za mąż za Francuza i rozumie, iż już nigdy nie powróci do Azerbejdżanu. Któryś z krewnych mógł ją rozpoznać na ulicy i napluć w twarz.
Literackość reportaży Góreckiego polega więc nie tyle na wiernym odwzorowaniu rzeczywistości, ile na uruchomianiu pokładów wyobraźni autora, które następuje w zderzeniu z faktami wziętymi z rzeczywistości. W reportażu „Mamed” opisuje spotkanie handlarza ziemniakami, którego milicjant wyrzucił z dochodowego miejsca na rynku, z prawnikiem, jaki w kraju ogarniętym przez totalną korupcję prowadzi darmową poradnię. Mężczyźni w ogóle nie znajdują ze sobą wspólnego języka. Paradoks tej sytuacji polega na tym, iż zasada niezawisłości prawa, jak rozumiemy ją w myśl europejskiej i rzymskiej tradycji, po prostu nie ma żadnego zastosowania w Azerbejdżanie. Jest fasadą, zbędną atrapą, stworzoną na użytek zachodnich obserwatorów, bo liczy się tutaj przede wszystkim prawo siły i pieniądza. Za najciekawszy dla „azerbejdżańskich” reportaży Góreckiego należy uznać „Iczeri Szacher”. Jest to nazwa „miasta wewnętrznego”, które powstało w obrębie murów fortecznych Baku i najdłużej oparło się wpływom nowoczesności. W nim autor osiągnął mistrzostwo pióra i udało mu się spojrzeć na „tekst miasta” – stolicy Azerbejdżanu – z perspektywy lotu ptaka, co niewątpliwie zbliża go do metody pisarskiej Ryszarda Kapuścińskiego. Górecki skupił się na trzech okresach w dziejach tego jednego miasta. Na boomie naftowym z XIX wieku, a kosmopolitycznego „bakińca” dość trafnie porównał do „lodzermenscha” (tutaj warto przypomnieć, iż autor reportaży pochodzi z Łodzi i jest autorem książki „Łódź przeżyła katharsis”). Radzieckim Baku, z którego pochodzili fizyk Lew Landau, śpiewak Muslim Magomajew oraz szachista Garri Kasparow. A także Baku postsowieckim, które bezpowrotnie utraciło swój wielonarodowy charakter, wypędzając Ormian, na których miejsce przybyli przybysze z prowincji lub uchodźcy z Karabachu. Obecnie Baku, nazywane często azerbejdżańskim Dubajem, przezywa swój drugi boom naftowy, a ekskluzywne hotele i wille zbudowane dla inżynierów z British Petrolium i Shell sąsiadują z rozsypującymi się chruszczowkami, pomiędzy którymi przybysze z aułów wypasają bydło. Bakijska młodzież znacznie bieglej posługuje się dziś angielskim, niż rosyjskim.
Nie ulega wątpliwości, że spośród państw Kaukazu Południowego Górecki najbardziej pokochał Gruzję. Znalazł wiele wspólnych cech pomiędzy polskim a gruzińskim charakterami narodowymi. Podobieństwa, łączące oba narody, opisał już na początku XX wieku Tadeusz Wyganowski, przywoływany w książce, jego zdaniem są to: „butność, porywczość, zarozumiałość i lekkomyślność”. Szkic Góreckiego, zatytułowany „Stół”, opisujący zwyczaje biesiadne Gruzinów, należy uznać za najlepszy w całym zbiorze. Autor książki nie szczędzi komplementów pod adresem tego narodu. Warto więc zacytować kilka fragmentów: „Gruziński stół to biesiada, przebiegająca według ustalonego porządku, to teatr, w którym każdy ma do odegrania swoją rolę, to rytuał. [..] Stół jest jak życie: codzienność styka się tu z odświętnością, profanum z sacrum, powaga z żartem, strawa dla ciała z pokarmem dla duszy. […] Niektórzy porównują biesiadę do nabożeństwa: stół jest ołtarzem, tamada – kapłanem, toasty – modlitwą, picie wina – komunią”. Gruzini w ujęciu Góreckiego przypominają polską szlachtę, żyjącą według przysłowia „zastaw się a postaw się”. W reportażu „Złote runo” porównuje Gruzję do Włoch, a podróżując poprzez regiony o poetycko brzmiących nazwach, takie jak Kachetia, Guria, Swanetia, podkreśla lokalny patriotyzm mieszkańców, który jest jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawimy go z sąsiednimi Ormianami, narodem tułaczy i emigrantów. W innym reportażu „Przedmurze” Górecki opisuje problemy, jakie mają Gruzini ze zdefiniowaniem położenia swego państwa (Zakaukazie? Kaukaz Południowy? Wschodnio-południowe obrzeże Europy?). Zachowany tu i ówdzie kult „wielkiego Gruzina” Stalina (choć jako przedstawiciel narodu, który nosi w sobie ranę Katynia, podkreśla, iż miał trudności z piciem toastów na jego cześć) – reportaż „Ikona”.
W porównaniu z Ormianami Polacy są narodem stosunkowo młodym. Wystarczy wspomnieć, że w 1968 w Erywaniu uroczyście obchodzono 2750-lecie założenia tego miasta. Na Góreckim więc największe wrażenie zrobiła historia tego narodu – dość tragiczna, ale jakże starożytna. Polski reporter zapoznaje czytelnika z najważniejszymi zjawiskami składającymi się na dziedzictwo kulturowe Ormian – dziejami katolikosów, architekturą świątyń, opisuje słynne kamienne krzyże chaczkary. Dużo uwagi poświęcił konfliktom: rzezi Ormian w Turcji w 1915 roku i ormiańsko-azerbejdżańskiej wojnie o Górski Karabach. Ten naród upodobał sobie rolę ofiary, pisze Górecki, dzieje Armenii to tysiąclecia klęsk i goryczy, chociaż mógł także przeprowadzić analogię do polskiej martyrologii romantycznej. Autor podkreślił, iż przywiązanie do ojczystego języka i piśmiennictwa „było arką, na której Ormianie przepłynęli historię”. Życie na styku Zachodu i Wschodu spowodowało, iż ten dualizm przeniknął do świadomości zbiorowej narodu, dlatego ormiańscy emigranci wszędzie czują się jak u siebie – w Rosji, Stanach Zjednoczonych lub Iranie. Górecki oczywiście nie mógł nie wspomnieć o ormiańskiej mniejszości mieszkającej w Polsce. Zwrócił uwagę, że sprytni i przedsiębiorczy Ormianie w Rzeczypospolitej „sarmackiej” zmonopolizowali handel z Orientem, ponieważ wśród polskiej szlachty panowała moda na wschodnie towary.
Wojciech Górecki, Toast za przodków, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
Eugeniusz Sobol