Jáchym Topol, Nocna praca

Jáchym Topol, Nocna praca
przeł. Leszek Engielkind, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2004

Trzecia już po Siostrze i Aniele przełożona na polski książka wybitnego czeskiego prozaika. Jest to opowieść o przygodach dwóch braci, których ojciec, wysoki urzędnik państwowy, podejrzewany o szpiegostwo przez służbę bezpieczeństwa, wysyła na wieś wprost z rozjechanej przez radzieckie czołgi Pragi. Najważniejsze opozycje strukturalne, które Topol w sposób nienarzucający się wkomponowuje w świat swej prozy, to stolica-prowincja, wolność-zniewolenie, kultura-natura. Los opuszczonych przez rodziców chłopców, który autor opisuje w konwencji oniryczno-baśniowej, ukazany na tle panujących surowych obyczajów czeskiej wsi, której życie jest rządzone przez zabobony i przemoc, trochę przypomina Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego. Topol dokonał rzeczy niesamowitej. Osadzając akcję powieści na zabitej deskami wsi, właściwie pozbawionej kontaktu z cywilizacją, przedstawił wizję totalną świata pędzącego ku zagładzie, jaki właśnie widział każdy Czech w 1968 w czasie inwazji wojsk Układu Warszawskiego. Topol w sposób mistrzowski przerabia historię swego narodu na materiał literacki, posługując się przy tym wysoce dobraną metaforyką. Towarzysze ze sputników obserwują każde poruszenie człowieka, a w podziemnych bunkrach czają się upiorni esesmani. O tej książce można napisać bardzo wiele, ale najlepiej ją samemu przeczytać.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w: on marzec 14, 2008 at 11:27 pm Dodaj komentarz
Tags: ,

Artur Nowaczewski, Commodore 64

nowaczewski
Nostalgia komputerowa

Commodore 64 to debiut poetycki mieszkającego w Gdańsku Artura Nowaczewskiego. Przynosi wiersze starannie napisane i ułożone niezwykle konsekwentnie w cykl o dojrzewaniu artystycznym autora. Tytuł zbioru jest przewrotny. Może mylić się ten, kto sądzi, iż jest to świadome nawiązanie do bardzo popularnej dziś liryki komputerowej, opiewającej czaty, maile, programy, smsy i mmsy. Próba naśladowania chociażby poezji warszawskiego twórcy Michała Kaczyńskiego, który zasłynął ze swych publikowanych w sieci instalacji multimedialnych. Przypomnijmy, iż parę lat temu również Dąbrowski zatytułował swój tom wierszy właśnie e-mail.

W wierszu tytułowym autor zdawałoby się bezradnie rozkłada ręce: wczytuję się w dzieciństwo, a tam: / komputer z pamięcią 64 kilobajty / dziś kiedy wszystko jest mega. Operowanie akcesoriami komputerowymi nie stanowi o sednie poezji Nowaczewskiego, ten stary komputer, niepotrzebny dziś już grat, to symbol przemijania, niemożności odnalezienia i wskrzeszenia świata dzieciństwa. Jest to liryka nostalgii o właściwościach niewątpliwie filozoficznych. Swoją wiedzę o wszechświecie bohater tych wierszy zdobywa, obserwując życie pokracznych kreatur z niższego szczebla stworzenia, takich jak żaba, mrówka czy dżdżownica. Wiedziałem swoją śmierć, / po części, niejasno, w świecie mrówki, widziałem – Nowaczewski w ten sposób dość konsekwentnie wyraża swój system filozoficzny, w którym człowiek nieustannie odczuwa istnienie dwóch nicości, tej – jak by powiedział Pascal – pod nim, i tej nad nim. Jest to poezja będąca poszukiwaniem umykającej i wciąż definiowanej na nowo granicy między bytem a nieistnieniem.

Na uwagę zasługuje stosunek Artura Nowaczewskiego do tradycji literackiej. Ale jeszcze nie piszę, ja mówię, / na początku były słowa, których nikt nie układał. jestem / przecież tylko małym puzzlem i dopiero / potem ułożę się w siebie – autor, pisząc te słowa, zdaję sobie sprawę z ogromu tej drogi, którą jako poecie dano będzie mu przebyć bez niczyjej pomocy. Poczucie rezygnacji wyraźnie daje o sobie znać w wierszu zatytułowanym Śmierć Herberta, w którym znajdziemy następujące stwierdzenie: Książę Poetów, gdzie jest twoja armia, czy / już padło Termopile? przyszedłem bez / słowa, ale też chcę się bić i maszerować. Tonacja militarna, która pobrzmiewa w tych wierszach, jest próbą określenia własnej tożsamości poetyckiej, nawiązaniem do słynnego toposu rycerza-artysty.

Szalenie ważną rolę odgrywa w tej poezji konkret. Wiersze Nowaczewskiego przynoszą ciekawe opisy starego Gdańska, a dokładnie Wrzeszcza, owej mitycznej krainy młodości (Ulica Batorego, Działki, Noc mleczna). Autor nie stroni od uświęconych w tradycji literackiej form (epitafia). Często snuje refleksje na temat swojego artystycznego powołania (Katecheza 24, 1987.XII.02; ***ten chłopiec z rozwiązanym sznurowadłem).

Niewątpliwie tomik Commodore 64 jest debiutem udanym. Nowaczewski nie próbuje na siłę zaskoczyć czytelnika, nie pisze pod dyktando obowiązujących mód. Już teraz mówi językiem rozpoznawalnym, choć – zapewne – długa jeszcze przed nim droga do odkrycia samego siebie.

Eugeniusz Sobol

Artur Nowaczewski, Commodore 64, Biblioteka Toposu, tom 25, Sopot 2005

Opublikowane w: on grudzień 30, 2007 at 1:30 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Andrzej Turczyński, Pan Bóg, pisarz i diabeł. Wstęp do teodycei Jarosława Iwaszkiewicza

turczyński
Andrzej Turczyński, Pan Bóg, pisarz i diabeł. Wstęp do teodycei Jarosława Iwaszkiewicza
Wydawnictwo „Millenium”, Koszalin 2005

Misteria Iwaszkiewiczowskie

W badaniach nad twórczością Iwaszkiewicza pisarstwo Andrzeja Turczyńskiego jest i pozostanie zjawiskiem odosobnionym. A to w głównej mierze z powodu dość nietypowej metody interpretacyjnej, którą stosuje mieszkający w Słupsku autor Tryptyku ruskiego, rozumiejący dzieło literackie jako misterium. Nie mniej ni więcej – jako dramat metafizyczny, w jakim o postać bohatera toczy się psychomachia sił dobra i zła, ścierają się boskie i szatańskie moce. Pozostaje pytanie, o ile taka metodologia, będąc w istocie swej fundamentalistyczna i ortodoksyjna, nie prowadzi do nadmiernych uproszczeń, błędnego odczytywania dzieła pisarza ze Stawiska, który, i tu chyba zgodzi się każdy, nie grzeszył nadmiarem religijnej poprawności. Być może zadanie, jakie sobie Andrzej Turczyński postawił w swej najnowszej książce Pan Bóg, pisarz i diabeł, a której podtytuł brzmi Wstęp do opisu teodycei Jarosława Iwaszkiewicza, byłoby łatwiejsze do wykonania, gdyby obiektem swej analizy uczynił twórczość pisarza, którego związek z tradycją religijną jest sprawą oczywistą. Pisarza w stu procentach wierzącego i wyrażającego swą wiarę w napisanych przez siebie dziełach. Zamiarem Iwaszkiewicza nigdy nie było stworzenie spójnego systemu metafizycznego, teodycei, jak chce tego Turczyński, wobec czego mamy do czynienia z oczywistym rozdźwiękiem pomiędzy założeniami metodologicznymi a faktycznym materiałem literackim. Nie jest bowiem moim celem prowadzenie polemiki z Turczyńskim na temat obecności kwestii dotyczących wiary i zbawienia w twórczości Iwaszkiewicza, które usiłuje zbadać, lecz wskazanie na to, iż odmawia on literaturze jej najważniejszej właściwości, mianowicie autonomii względem świata, idei, innych form ludzkiej aktywności, traktując ją w sposób, powiedziałbym, scholastyczny, jako uniżoną służkę teologii.

O Iwaszkiewiczu Turczyński piszę od roku 1992 publikując swe szkice na łamach „Twórczości”. Przyznam się, iż poprzedni ich zbiór zatytułowany Ząb mądrości. Iwaszkiewiczowskie miejsca, znaki, symbole (Koszalin 2001), był dla mnie książką przynoszącą bardzo ciekawe odkrywcze spojrzenie na twórczość cenionego przeze mnie pisarza. I to mimo dość nieprzychylnego stosunku do słupskiego autora ze strony środowiska polonistycznego, czego wyrazem byłaby recenzja Zbigniewa Chojnowskiego Połamany ząb mądrości (Nowe Książki 2002 nr 3). Nie mam wątpliwości, że ta książka Turczyńskiego jest słaba i niedobra, gdyż jej narrator omija w niej Iwaszkiewicza i jego literacki dorobek zazwyczaj wielkim łukiem. Dalej recenzent formułuje podobne zarzuty, o których już wspomniałem powyżej: przerost interpretacji nad faktycznym stanem dzieła literackiego. Rzeczywiście, Turczyński niezbyt się liczy z opracowaniami na temat omawianego przez siebie zagadnienia, stosuje metodę, którą w skrócie można ująć – pisarz innego pisarza zrozumie lepiej. Do tego jeszcze dochodzi swoiście odczuwana przez autora wspólnota losu, obaj bowiem urodzili się na Kresach, na Podolu, a także przeświadczenie, iż jest on kontynuatorem dzieła i tradycji pisarza ze Stawiska. W Zębie mądrości jeszcze nie był on niewolnikiem stworzonej przez siebie metody interpretacyjnej, którą w skrócie można nazwać krytyką teologiczną, możne dlatego udawało mu się stawiać niekiedy bardzo celne pytania pod adresem analizowanych utworów, cóż, że nie zawsze udzielał na nie satysfakcjonujących odpowiedzi. Zwłaszcza dotyczy to obecności pierwiastków duchowości Wschodu, o czym inny krytyk napisał: Za jedną z najważniejszych spraw poruszonych przez Turczyńskiego uznać wypada kwestię osadzenia całej twórczości pisarza w kontekście Ukrainy. Ów rys symboliczności związany z mitem Ukrainy tkwił bardzo głęboko w świadomości i psychice Iwaszkiewicza, ujawniając się wielokrotnie w jego tekstach poetyckich i prozatorskich, w sposobie jego myślenia o świecie i literaturze.(Adam Dziadek, Pisanie Iwaszkiewicza, Arkusz 2002 nr 5). To jest niewątpliwie zasługa Turczyńskiego, że jako pierwszy wśród interpretatorów dokonał całościowej konfrontacji twórczości Iwaszkiewicza z tradycją i kulturą Ukrainy, uniwersum literatury rosyjskiej, Buninem, Tołstojem, Turgieniewym, Dostojewskim. Zmysłem intuicyjnym uchwycił te zagadnienia, które, jestem tego pewien, na długi czas określą krąg problemowy dla przyszłych badaczy. O tradycji bizantyjskiej w dziele Iwaszkiewicza wywodzący się z Kresów autor pisze w sposób iście bizantyjski. Do sedna jego myśli trzeba przebijać się przez gąszcz pustej retoryki, popisów erudycyjnych i zachwytów nad rzeczami oczywistymi. Jego tekst jest jak ruska ikona, do której przesłania teologicznego możemy dotrzeć po pokonaniu zwodniczego ornamentu i fałszywych złoceń.

Rozpatrywanie książek Turczyńskiego jako pozycji akademickich jest niewybaczalnym błędem, podejściem krzywdzącym tekst i jego autora. Nikt nie posiada bowiem monopolu na prawdę. Jest to, i należy podkreślić, dialog dwóch, podobne doświadczonych przez Historię, pisarzy. Turczyńskiego i Iwaszkiewicza. A żeby sprawa nie wyglądała zbyt oczywistą, pod piórem narratora Zęba mądrości oraz Pana Boga, pisarza i diabła, dość często następuje wymiana ról, przetworzenia sobowtórowe. Pisanie o Iwaszkiewiczu jest dla autora Tryptyku ruskiego zasadniczo sposobem na wyrażanie własnego światopoglądu, przekonań ideowych i artystycznych, właśnie dlatego sądy jego brzmią jakby były wygłaszane ex cathedra, stanowczo i bezapelacyjne. Postać „Iwachy” – ileż jeszcze pół żartobliwych określeń autora Brzeziny znajdziemy w tych książkach, zaś takim poklepywaniem po ramieniu został Chojnowski niemało dotknięty – mitycznego literackiego praojca własnej osobowości artystycznej Turczyński niewątpliwie darzy dużym szacunkiem i miłością. Żeby było ciekawiej, wpływ Iwaszkiewicza na samą twórczość słupskiego pisarza jest znikomy. Jak słusznie zauważył Adam Dziadek w odniesieniu do pierwszego zbioru esejów przepisuje on ponownie utwory Iwaszkiewicza nadając im własny sens. Otóż jego krytyce teologicznej niespodziewanie towarzyszą właściwości postmodernizmu: … Turczyński dokonuje moim zdaniem takiego właśnie gestu pisania Iwaszkiewicza, pisania jego biografii i jego tekstów, które bez żadnych wątpliwości nadają się właśnie, jak chciałby tego Roland Barthes, do ponownego napisania. Te utwory są – mówię to zgodnie z wyróżnieniem zaproponowanym przez niegdyś przez autora S/Z – scriptibles. (A. Dziadek, j.w.)

Pan Bóg, pisarz i diabeł to są trzy eseje ze wstępem, będące interpretacjami takich utworów Iwaszkiewicza, jak Anna Grazii, Matka Joanna od Aniołów, Kościół w Skaryszewie. Główny wątek rozpoznań krytycznych to problem zła w świecie, którego nosicielami są protagoniści danych opowiadań: Edmund, ojciec Suryn, ksiądz Konrad. W ujęciu autora wyrażają triadę zła – rodzącego się, tryumfującego oraz przezwyciężonego miłością Chrystusa. O ile taka interpretacja robi wrażenie spójnej, o tyle wnioski z niej płynące są jeszcze bardziej zaskakujące i wbrew intencji Turczyńskiego. Otóż, okazuje się, iż świat opowiadań Iwaszkiewicza zasadniczo jest pozbawiony prawdziwego Boga, zamiast niego mamy do czynienia z podróbką metafizyki. Nasz bohater [ks. Suryn] po raz kolejny przypomina, że znajdujemy się w świecie odwróconym, w świecie fałszu, pustych gestów, imitacji i parodii.” (s. 69). Także, w istocie swej Edmund, w którego postaci Turczyński widzi cechy lermontowskiego „smutnego demona”, jawi się w charakterze pozbawionego wiary libertyna, od czasu do czasu przywdziewającego maskę niegroźnego tak naprawdę szatana. Spójna teologiczna interpretacja sypie się prawie na każdej stronie obnażając chyba wbrew zamiarom autora niewygodną prawdę, iż nawet te utwory Iwaszkiewicza, w których występują wątki metafizyczne lub postacie księży są bohaterami, okazują się pozbawione Boga. Turczyński próbuje ratować sytuację wykorzystując swój potencjał erudycyjny, ale bogactwo przypadkowo dobranych cytatów, nawet pochodzących z tak zaszczytnych źródeł jak Biblia czy pisma Ojców Kościoła, niewiele czytelnika przekonuje. Autor stawia słuszną hipotezę o obecność wątków religijnych w dziele Iwaszkiewicza, ale udziela na nią zaskakującą odpowiedź. Po lekturze mam jasne przekonanie, że Boga w utworach pisarza ze Stawiska po prostu nie ma, jest pewna stylizacja, demonizacja zła, którego problem uczynił przedmiotem swej refleksji w czasie II Wojny Światowej. Zła, jakie ogarnia nawet dusze osób duchowych. Właśnie manicheizm mógłby być odpowiednim terminem interpretacyjnym otwierającym nowe możliwości przed badaczem danej problematyki, niestety Turczyński nie idzie tym tropem. Jego książkę należy także odnieść do innej pozycji, mianowicie Na progu Piotra Mitznera (Warszawa 2003), którą miałem zaszczyt recenzować właśnie w „Toposie” (3-4/2004). Jej autor, robiąc inwentaryzację wątków religijnych w twórczości Iwaszkiewicza, postarał się uniknąć jednoznacznych rozstrzygnięć i kategorycznych sformułowań. Pokazał sylwetkę pisarza jako osoby wahającej się między wiarą a jej brakiem, a mimo to obficie czerpiącego ze skarbnicy tradycji religijnej.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 5-6 2005

Stanisław Janke, Piękniewo

janke
Stanisław Janke, Piękniewo
Wydawnictwo BiT, Gdańsk 2005

Epika Pomorza

Stanisław Janke jest pisarzem kaszubskim, od wielu lat związanym z czasopismem „Pomerania”. Jego najnowsza książka „Piękniewo” to dobrze napisana powieść autobiograficzna, a do takiego gatunku utworów niezwykle trudno jest stosować pojęcia krytyczne ze względu na niepowtarzalność życia, osobistego doświadczenia autora. „Ja” – autobiograficzne zawsze znajduje się najbliżej osoby piszącej, taka sytuacja zaś kryje w sobie pułapkę zbytniego uproszczenia i schematyzmu, zwłaszcza na terenie prozy. Na szczęście pisarz obrał sobie za patronów naszych wybitnych wybrzeżowych pisarzy z pogranicza polsko-niemieckiego Chwina, Huellego, Grassa. Idąc raz już przetartym szlakiem mistrzów duchowych wędrówek w nostalgiczny świat dzieciństwa i młodości, starego Gdańska i wielokulturowego Pomorza, które wskutek działań wojennych i wysiedleń zostało swej wielokulturowości pozbawione, pisarz osadza swego bohatera – fotoreportera „Kuriera Bałtyckiego” w bardzo bogatym w rozmaite konteksty społeczne, historyczne i kulturowe świecie powieściowym.

Autorowi można zarzucić chaotyczność narracji, sięgając do ukrytych w pamięci pokładów wspomnieniowych nie zostawia w tekście czytelnych wskazówek, w jakim konkretnie czasie i środowisku teraz toczy się akcja. Główny bohater Adam trafiając na ślad przestępczych powiązań świata polityków i gangsterów pada ofiarą porwania i brutalnego pobicia, co powoduje u niego częściową utratę pamięci. Jednak autor na szczęście dla książki po pewnym czasie porzuca ten, zaczerpnięty chyba z seriali telewizyjnych, wątek kryminalny, traktując go jako pretekst do pracy wspomnieniowej wyrzuconego ze społeczeństwa i dożywającego swe ostatnie dni w domu opieki społecznej bohatera.

O wiele ciekawszy wydaje się wątek miłosny. Zakochany w pochodzącej z tytułowej miejscowości Piękniewo Ewie, która jedna po drugim przeżywa nieszczęśliwe małżeństwa, bohater widzi w niej symbol polsko-niemieckiego pojednania, gdy po wielu perypetiach odnajduje szczęśliwą miłość z synem dawnego posiadacza folwarku w Schoenek Niemcem Bruno. Antytezą skupionego w mieście gangsterskiego-politycznego świata, w którym naiwny i czysty człowiek, jakim jest Adam, próbuje żyć według pogrzebanych już wydaje się na zawsze zasad moralnych, a także religijnych, jest oczywiście „kraj lat dziecinnych”, miła jego sercu Kaszuberia. Ale nie jest to z kolei sielankowa kraina Arkadii, do której można by było uciec od złego świata. Namalowana jak gdyby mocnymi, chciałoby się rzec, realistycznymi pociągnięciami pisarskiego pędzla, jest to świat maksymalnie prawdziwy, który zamieszkują postacie z krwi i kości. Ciotka Janiszka, proboszcz Eliasz, wujek Grygor i wiele wiele innych barwnych postaci zaludniają powieściowe Piekniewo. W ich wspomnieniach ujawnia się tragiczny los rdzennych mieszkańców Kaszub, poddanych okrucieństwu Historii, żyjących w nieustannym poczuciu zagrożenia, pomiędzy hitlerowskimi obozami śmierci a sowieckim Sybirem.

Taka panorama historyczna zostaje uzupełniona o przepiękny opis powstawania „Solidarności” i narodziny nowej Polski, które widzimy oczami głównego bohatera. Wałęsa, ksiądz Jankowski, studenci w sweterkach roznoszące bibułę, złamani przez ubecję opozycjoniści – bogate doświadczenie życiowe autora zostało tutaj w sposób wiarygodny sfabularyzowane, żeby wylać się w formę dobrej narracji powieściowej. Warto też wspomnieć o języku powieści. Wzbogacony przez wyrazy z kaszubskiej i miejskiej gwary stanowi jeden z najważniejszych elementów, dzięki którym staje się bardzo łatwa i przyjemna w czytaniu. Książka niewątpliwie godna polecenia, nie tylko jako dokument, przycinek do dziejów Pomorza i Gdańska, lecz także jako lektura osobista, która ma skłonić do poszukiwania własnego miejsca i tożsamości w naszej małej ojczyźnie.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 4 2005

Opublikowane w: on at 12:39 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Zbigniew Masternak, Księstwo

masternak
Zbigniew Masternak, Księstwo
Wydawnictwo Eurosystem, Wrocław 2005

Jest to debiut książkowy mieszkającego we Wrocławiu młodego pisarza. W książce tej nawiązuje jednocześnie do wielu konwencji literackich – gombrowiczowskiego sarkazmu i groteskowego przejaskrawienia, schulzowskiej rozlewności słowa, tradycji chłopskiego realizmu spod znaku prozy Nowaka, zaś nad tym wszystkim przeważa koncepcja twórczości opierająca się na doświadczeniu autobiograficznym, swoiście sfabularyzowanym. Być może zamiarem autora nie było stworzenie parodii „powieści o dojrzewaniu” młodego artysty, ale właśnie tak się stało. Wywodzący się ze wsi na Kielecczyźnie, środowiska, w którym panuje prawo pięści i sztachety, bohater czyni wszystko, by wyrwać się w szeroki świat. Po ciężkiej kontuzji kolana już nie zagra w ukochaną przez siebie piłkę, gdzie chciał się stać drugim Maradoną, więc postanawia… pisać wiersze, w czym z kolei patronuje mu Goethe. Futbol i poezja wzajemnie się przenikając w sposób dość zaskakujący stanowią jakby dwa motywy wiodące Księstwa. Wierzyłem, że jeśli nie zostanę gwiazdorem futbolu, to przynajmniej wieszczem poezji. Autor nieustannie porównuje literaturę z ukochanym przez siebie sportem tworząc obrazy satyryczne środowisk literackich. Bo jeżeli sukces na boisku można odnieść dzięki czytelnym regułom gry, sprawności fizycznej i tężyźnie to antyczny duch współzawodnictwa całkowicie zanika wśród osób zajmujących się sztuką słowa. Je accuse – zdaje się mówić Masternak. Dla czytelnika nawykłego do książki z jasną i wyraźną fabułą Księstwo może być trudną lekturą. Są to samodzielne jednostki narracyjne, między sobą nie powiązane w żaden sposób, obrazki z życia wzięte, nanizane jak paciorki na sznurek, jakim jest „Ja” – autobiograficzne autora. Proza Masternaka jest ciekawa, jej czytanie sprawia przyjemność. Warto wspomnieć o próbach tworzenia prywatnych mitologii podejmowanych przez autora. Osadza bowiem własne doświadczenie w polskiej tradycji narodowej, odnosi się do stereotypów. Tak, na przykład, główny bohater, jaki nazywa siebie Księciem, to potomek arystokratycznego rodu plemienia Wiślan. Taki zabieg można określić mianem megalomanii. Masternak ma mocne pióro, musi jednak umieć wyznaczyć priorytetowe kierunki rozwoju swej twórczości.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 4 2005

Opublikowane w: on at 12:18 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Krzysztof Rudziński, Mistrz Haftowanego Listowia

rudziński
Krzysztof Rudziński, Mistrz Haftowanego Listowia
Wydawnictwo Palabra, Warszawa 2003

Przed nami zbiór opowiadań, które łączy, najogólniej rzecz biorąc, autotematyzm narratora. Przebywając w idyllicznym krajobrazie Włoch, ojczyzny artystów, jego uwaga skoncentrowana jest przede wszystkim na opisywaniu własnych perypetii związanych z powstawaniem mitycznego Rękopisu, tym samym jak gdy by wypróbowując możliwości i ograniczenia aktu pisania. Erudycja z kolei jest mocną stroną Rudzińskiego. Z łatwością porusza się w kręgu mitów kultury śródziemnomorskiej świadomie budując sieć odniesień intertekstualnych. Uniwersalnym symbolem jego „tekstowego świata” staje się biblioteka – skarbnica kultury europejskiej, w której przechowywane są absolutnie wszystkie książki świata, ponadto te, jakie mają powstać w przyszłości. W sposób dość pretensjonalny autor umieszcza na jej półkach także własny utwór. Chociaż taki zabieg można wytłumaczyć zwróciwszy uwagę na jego bibliofilską pasję, każda książka czy rękopis są to dla niego unikatowe artefakty uwarunkowane estetycznie. Warto też zatrzymać się przy związkach tej prozy z twórczością Brono Schulza, o czym nadmienił wydawca w posłowie. Niewątpliwie Rudziński naśladuje styl autora „Sanatorium pod Klepsydrą”, choć lepszy rezultat osiąga wtedy, gdy wstępuje w polemikę ze swym mistrzem, jak na przykład w opowiadaniu tytułowym całego zbioru. Większość zaprezentowanych opowiadań to pozbawione fabuły etiudy prozatorskie, nasycone egzotycznym słownictwem opisy. Obco brzmiące nazwy geograficzne, potrawy kulinarne lub nazwiska uruchamiają w wyobraźni autora całą lawinę skojarzeń, często niestety przeradzające się w wielosłowie. W książce brakuje wyraźnie zarysowanej koncepcji ideowej i artystycznej – autor nie wykracza poza estetyczne przeżywanie świata, zatrzymuje się na słowie dążąc do stworzenia utopijnego „czystego opisu” rzeczywistości.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 4 2005

Opublikowane w: on at 12:04 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Jerzy Franczak, Szmermele

Jerzy Franczak, Szmermele
Wydawnictwo Nowy Wiek, Kraków 2004

Proza Franczaka to nieustający eksperyment z możliwościami poznawczymi literatury, który nie zawsze wypada dla niej pomyślnie. Dlatego tym, co jest wspólne dla wszystkich quasi-opowiadań, staje się niewątpliwie osoba narratora z bardzo wyeksponowanym Ja autobiograficznym. Życie jest ciekawsze od literatury – zdaje się na każdym kroku powtarzać Franczak, więc niefrasobliwie podrzuca czytelnikowi szczątkowy zarys fabuły, tytułowe „szmermele”, aby potem, wycofując się z fikcjonalności, całkowicie skupić się na własnym sensualnym doznawaniu uroków rzeczywistego świata. Metafikcjonalność tej prozy można prześledzić na przykładzie większego utworu „R jak Roman”. Wysublimowany świat pewnego francuskiego romansu „Sidła namiętności” zostaje ciekawie skonfrontowany z „szara” polską rzeczywistością, co więcej, niczym nie wyróżniający się redaktor gazetki „Echo Spytkowa” rozpoznaje w fabule tej powieści własny przypadek życiowy, co doprowadza go do obłędu i przekonania, że jest wykorzystywany do tworzenia fikcji, zaś jego istnienie zostaje przemienione na przygody „papierowego” bohatera. Potem Franczak w iście gombrowiczowskim geście burzy zbudowany przez siebie karciany domek, postacie powieściowe i prawdziwe spotykają się między sobą, narrator auktoralny zaś zostaje zabity. Robi się z tego całkiem niezły bałagan, podszyty jednak nostalgią, bowiem pozbawiony swego autora świat powieściowy zaczyna umierać. Książka Franczaka jest bardzo ciekawym eksperymentem literackim, wynikającym ze zwątpienia w możliwości poznawcze literatury, co ujawnia się we wszechobecnym autotematyzmie. Jednak po jej przeczytaniu nie można nie zdać sobie pytania: skoro literatura już nie potrafi, zdaniem autora, opisać świata przy pomocy swoich głównych narzędzi – to po co w ogóle brać za pióro?

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 3 2005

Opublikowane w: on grudzień 29, 2007 at 11:57 pm Dodaj komentarz
Tags: ,

Paweł Laufer, Miasto na prowincji

Paweł Laufer, Miasto na prowincji
Wydawnictwo Polihymnia, Lublin 2004

Jest zbiór opowiadań, którego głównym bohaterem jest miasto. Z topograficzną dokładnością autor odtwarza życie lubelskiej ulicy, a właściwie tych najważniejszych dla niego – Krakowskiego Przedmieścia i Lubartowskiej. W zamierzeniach swoich proza Laufera powinna tworzyć zmitologizowany obraz „małej ojczyzny” na prowincji, w czym można byłoby wpisać ją w krąg tradycji realizmu magicznego lub twórczości naszych wybrzeżowych pisarzy z pogranicza polsko-niemieckiego. W praktyce jednak, demiurgiczna koncepcja artysty B. Schulza i jego styl pisania „zarażają” sobą teksty Laufera, przenosząc się z wątków dotyczących żydowskiej przeszłości miasta, którym niewątpliwie patronuje, na pozostałe obszary jego prozy. Prawie w całości opowiadania te pozbawione są fabuły, zaś nieznaczne podniety w psychice autora, który zresztą sam siebie określa jako „duchowego malarza”, są pretekstem do kreacji spiętrzonych i rozgałęziających się opisów. Książka może być ciekawa dla osób dobrze znających Lublin, dzięki czemu w napięciu czytelnika cały czas trzyma zabawa polegająca na porównywaniu własnej i autorskiej wizji tego miasta. A także świadczy o wciąż nie zaspokojonej potrzebie we współczesnej polskiej literaturze na tworzenie zmitologizowanych opisów „małych ojczyzn”.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 3 2005

Opublikowane w: on at 11:46 pm Komentarze (1)
Tags: ,