Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955

W Kijowie i gdzie indziej… Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza

Opublikowany pierwszy tom dzienników Jarosława Iwaszkiewicza to książka, na którą bardzo długo czekałem. Przed rozpoczęciem lektury towarzyszył mi niepokój. Z twórczością pisarza ze Stawiska regularnie obcuję już od ponad dziesięciu lat, ukształtował się we mnie pewien obraz i styl odbioru jego poezji i prozy, obawiałem się więc przewartościowania całej wiedzy o Iwaszkiewiczu, którą dotychczas posiadłem. Przeczytałem ten tom i odetchnąłem z ulgą. Iwaszkiewicz-diarysta absolutnie nie koliduje z jego wizerunkiem jako pisarza. Jest to ten sam Iwaszkiewicz.

Dzienniki Iwaszkiewicza znacząco odbiegają od utartego sposobu prowadzenia pamiętników. Pisarz traktował swoje notatki prywatne jako notatnik roboczy, z którego potem obficie czerpał materiał dla twórczości prozatorskiej czy eseistycznej. Zamiast pogłębionego obrazu życia wewnętrznego, czyli drogi biografii duchowej, spotykamy prawie wyłącznie opisy zjawisk zewnętrznych. Pisarz porównuje swoje zapiski z arcydziełami literatury pamiętnikarskiej, a dla Iwaszkiewicza były to przede wszystkim dzienniki Gide’a oraz Tołstoja, i w notatce od 22 stycznia 1955 poczynił wyznanie o charakterze metaliterackim: Dla mnie dziennik jest raczej chwilowym od czasu do czasu notowaniem dla siebie swoich przeżyć i myśli. Francuskiemu i rosyjskiemu pisarzowi zarzucał, że prowadzenie dzienników tak naprawdę służyło wyolbrzymieniu ich własnego „ja”, ulegali pysze i zarozumiałości, czego chciałby za wszelką cenę uniknąć. Iwaszkiewicz pisał dzienniki nieregularnie, ale są to notatki doskonałe pod względem formalnych, nawet najbłahsze zdarzenie pod wytrawnym piórem pisarza-stylisty przekształcają się w perełki literackie.

W pierwszym tomie mamy do czynienia z trzema większymi jednostkami – jest to tzw. dziennik kijowski (1911), potem zapiski z okresu okupacji hitlerowskiej, które prawie wszystkie powstawały na Stawisku, oraz notatki z lat 1949 – 1955, głównie poświęcone podróżom do Włoch, Francji, Belgii oraz Szwajcarii. Warta odnotowania jest praca redaktorów książki. Poruszane w dziennikach zdarzenia bardzo precyzyjnie i bezbłędnie zostały uzupełnione poprzez odwołania w przypisach do dzieł pisarza. Dla okresu kijowskiego będzie to oczywiście Książka moich wspomnień, notatek okupacyjnych – Notatki 1939-1945 oraz powieść Sława i chwała. Chociaż, gdyby czytelnik tej książki chciał na jej podstawie poznać topografię Iwaszkiewiczowskiego Kijowa, miałby duży problem, gdyż nie zawsze redaktorzy podają aktualne nazwy miejsc i ulic, dostosowane do realiów współczesnej stolicy Ukrainy. Dziennik kijowski Iwaszkiewicza jest zjawiskiem niespotykanym w dziejach literatury polskiej – w tej samej notatce obok siebie znajdziemy zdania w językach polskim, rosyjskim i ukraińskim. Świadczy to o otwartości tego miasta i w ogóle Ukrainy, gdzie przed rewolucją bolszewicką w pokojowej koegzystencji współistniały kultura polska, rosyjska i ukraińska – do syntezy właśnie tych trzech pierwiastków poszerzonych o perspektywę idei paneuropejskiej i mitu śródziemnomorskiego Iwaszkiewicz dążył przez całe swoje życie. Poznajemy trudne życie materialne młodego pisarza w Kijowie, gdzie musiał utrzymywać się z korepetycji i czasami dzielił mieszkanie z kozacką rodziną, która hulała na wielką skalę. Siedemnastoletni uczeń kijowskiego gimnazjum z wielkim żalem opisuje swoje nędzne ubranie, wspomina, że gdy brakowało mu na bilet tramwajowy musiał pokonywać długie dystanse na piechotę, a tymczasem jego bogaci przyjaciele-Rosjanie wydawali sturublowe banknoty na zabawy w restauracjach. Szczytem marzeń młodego Iwaszkiewicza było zaproszenie do podkijowskiego Malina, gdzie swoją posiadłość miał Jura Mikłucho–Makłaj, wnuk znanego rosyjskiego podróżnika. Trudna sytuacja materialna z okresu ukraińskiej młodości odcisnęła piętno na psychice Iwaszkiewicza, z którym miał borykać się przez całe swoje życie.

Zapiski z okresu okupacji hitlerowskiej sprawiają wrażenie czegoś przerażającego. Ujawnia się w nich podświadomy, niemal zwierzęcy lęk przed śmiercią od kuli okupanta. Wstrząsający jest opis podróży statkiem z Warszawy do Sandomierza, na którym wskutek donosu folksdeutscha doszło do rewizji rzeczy pisarza oraz przesłuchania go przez gestapo. Przejmujące są zdania, napisane tuż po upadku powstania warszawskiego, że Warszawa po prostu przestała istnieć, pozostały po niej jedynie gruzy. Wydaje się, iż w wyniku doświadczeń okupacyjnych Iwaszkiewicz przeszedł druzgocący kryzys osobisty i twórczy, a trzeba przypomnieć, że jego przedwojenna fascynacja kulturą niemiecką była jak najbardziej autentyczna. Być może właśnie w tym tkwi jego uległość wobec komunistycznych władz PRL, pisarz doszedł do wniosku, że każda władza, nawet narzucona przez Moskwę, jest lepsza od zbrodniczego reżimu hitlerowskiego zagrażającego samym podstawom istnienia biologicznego narodu polskiego, stąd bierze się jego autentyczna radość na widok radzieckich czołgów w Brwinowie.

Powojenny Iwaszkiewicz-diarysta jest przede wszystkim podróżnikiem. Powołując się na słynny cytat z wiersza Gałczyńskiego, że jego kraj to myszy, deszcz i Polska, woli opisywać wspaniałości Rzymu i Paryżu, niż rzeczywistość Polski Ludowej. Trudna sytuacja rodzinna – choroba psychiczna żony – powoduje, że prawie nie spotykamy zapisków poczynionych na Stawisku. Coraz częściej z rozpaczą pisze, że jest to przeklęty ibsenowski dom. Czuje się osamotniony i nikomu nie potrzebny. Stąd zapewne bierze się chęć nieustannego podróżowania po Europie, pobytu w hotelach i wynajmowanych mieszkaniach. W jego kontaktach z artystami z Europy Zachodniej coraz częściej pojawia się przypomnienie o sytuacji ubogiego krewnego z czasów kijowskiej młodości. Chociaż wyjazdy Iwaszkiewicza za granicę były finansowane przez rząd komunistyczny i mógł liczyć na wsparcie finansowe ambasad, nie zawsze to starczało na opłacenie wycieczek czy obiadów. W sytuacji bezdomności i wygnania, przypominających słynną ucieczkę Tołstoja z Jasnej Polany, pisze swoje opowiadania, sygnowane prawie zawsze Roma czy Palermo. W Polsce jego azylem jest Sandomierz. Warto odnotować zawarty w Dziennikach opis podróży do Włoch w listopadzie 1955 roku, z którego dwa fragmenty – podróż pociągiem z Rzymu do Neapolu oraz wizyta u Benedetta Crocego – w całości potem zostały włączone do Podróży do Włoch. Tutaj odnajdujemy całego Iwaszkiewicza, którego znamy. Arcydzieła malarstwa renesansowego, zabytki architektoniczne, wrażenia z odbioru dzieł muzycznych, przedstawień teatralnych, obrazki codzienności z włoskiej ulicy – to wszystko łączy się w czarującą mieszankę podniet estetycznych Iwaszkiewicza, który, w moim odczuciu, był ostatnim polskim artystą, jaki potrafił uchwycić tak wiele aspektów europejskiego dziedzictwa kulturowego.

Obecnie polska kultura preferuje polityczne style odbioru. Dysponujący funduszami politycy promują twórczość pisarzy, których światopogląd jest zbieżny z założeniami ich własnych partii. Prawica lansuje akowski, etosowski model literatury, z kolei, walcząca o przemiany obyczajowe, lewica gloryfikuje pisarzy (pisarki) o skłonności homoseksualnych czy lesbijskich. Iwaszkiewicz jest gdzieś pośrodku i zgodnie z określeniem Tomasza Burka jego twórczość jest obecnie dziełem niczyim, czyli nie stoi za nią żadna opcja polityczna. Dla lewicy ten czerwony hrabia jest niezbyt lewicowy, dla prawicy – kolaborantem i zdrajcą. Twórczość Iwaszkiewicza wiele mówi o nas samych, o stanie polskiej kultury. Nie jesteśmy dziś, w zacietrzewieniu polemik politycznych i lustracji, na nią przygotowani.

Dzienniki Iwaszkiewicza niewątpliwie przyczynią się do ożywienia badań nad życiem i twórczością tego pisarza. Zwłaszcza w sytuacji, gdy od dłuższego czasu nie odbyła się żadna konferencja polonistyczna poświęcona temu zagadnieniu. Poza pracami Ritza i Mitznera nie ukazały się ostatnim czasie ciekawe interpretacje dotyczące Iwaszkiewicza. W porównaniu z Miłoszem, Herbertem oraz Różewiczem twórczość Iwaszkiewicza funkcjonuje w pewnej izolacji i odosobnieniu. Być może dzienniki to zmienią. Z niecierpliwością czekam zatem na ukazanie się kolejnych dwóch tomów pamiętników mojego ulubionego pisarza.

Eugeniusz Sobol
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955, Czytelnik, Warszawa 2007

Opublikowane w:  on luty 2, 2009 at 3:14 pm Komentarze (1)
Tags: , ,

Andrzej Turczyński, Pan Bóg, pisarz i diabeł. Wstęp do teodycei Jarosława Iwaszkiewicza

turczyński
Andrzej Turczyński, Pan Bóg, pisarz i diabeł. Wstęp do teodycei Jarosława Iwaszkiewicza
Wydawnictwo „Millenium”, Koszalin 2005

Misteria Iwaszkiewiczowskie

W badaniach nad twórczością Iwaszkiewicza pisarstwo Andrzeja Turczyńskiego jest i pozostanie zjawiskiem odosobnionym. A to w głównej mierze z powodu dość nietypowej metody interpretacyjnej, którą stosuje mieszkający w Słupsku autor Tryptyku ruskiego, rozumiejący dzieło literackie jako misterium. Nie mniej ni więcej – jako dramat metafizyczny, w jakim o postać bohatera toczy się psychomachia sił dobra i zła, ścierają się boskie i szatańskie moce. Pozostaje pytanie, o ile taka metodologia, będąc w istocie swej fundamentalistyczna i ortodoksyjna, nie prowadzi do nadmiernych uproszczeń, błędnego odczytywania dzieła pisarza ze Stawiska, który, i tu chyba zgodzi się każdy, nie grzeszył nadmiarem religijnej poprawności. Być może zadanie, jakie sobie Andrzej Turczyński postawił w swej najnowszej książce Pan Bóg, pisarz i diabeł, a której podtytuł brzmi Wstęp do opisu teodycei Jarosława Iwaszkiewicza, byłoby łatwiejsze do wykonania, gdyby obiektem swej analizy uczynił twórczość pisarza, którego związek z tradycją religijną jest sprawą oczywistą. Pisarza w stu procentach wierzącego i wyrażającego swą wiarę w napisanych przez siebie dziełach. Zamiarem Iwaszkiewicza nigdy nie było stworzenie spójnego systemu metafizycznego, teodycei, jak chce tego Turczyński, wobec czego mamy do czynienia z oczywistym rozdźwiękiem pomiędzy założeniami metodologicznymi a faktycznym materiałem literackim. Nie jest bowiem moim celem prowadzenie polemiki z Turczyńskim na temat obecności kwestii dotyczących wiary i zbawienia w twórczości Iwaszkiewicza, które usiłuje zbadać, lecz wskazanie na to, iż odmawia on literaturze jej najważniejszej właściwości, mianowicie autonomii względem świata, idei, innych form ludzkiej aktywności, traktując ją w sposób, powiedziałbym, scholastyczny, jako uniżoną służkę teologii.

O Iwaszkiewiczu Turczyński piszę od roku 1992 publikując swe szkice na łamach „Twórczości”. Przyznam się, iż poprzedni ich zbiór zatytułowany Ząb mądrości. Iwaszkiewiczowskie miejsca, znaki, symbole (Koszalin 2001), był dla mnie książką przynoszącą bardzo ciekawe odkrywcze spojrzenie na twórczość cenionego przeze mnie pisarza. I to mimo dość nieprzychylnego stosunku do słupskiego autora ze strony środowiska polonistycznego, czego wyrazem byłaby recenzja Zbigniewa Chojnowskiego Połamany ząb mądrości (Nowe Książki 2002 nr 3). Nie mam wątpliwości, że ta książka Turczyńskiego jest słaba i niedobra, gdyż jej narrator omija w niej Iwaszkiewicza i jego literacki dorobek zazwyczaj wielkim łukiem. Dalej recenzent formułuje podobne zarzuty, o których już wspomniałem powyżej: przerost interpretacji nad faktycznym stanem dzieła literackiego. Rzeczywiście, Turczyński niezbyt się liczy z opracowaniami na temat omawianego przez siebie zagadnienia, stosuje metodę, którą w skrócie można ująć – pisarz innego pisarza zrozumie lepiej. Do tego jeszcze dochodzi swoiście odczuwana przez autora wspólnota losu, obaj bowiem urodzili się na Kresach, na Podolu, a także przeświadczenie, iż jest on kontynuatorem dzieła i tradycji pisarza ze Stawiska. W Zębie mądrości jeszcze nie był on niewolnikiem stworzonej przez siebie metody interpretacyjnej, którą w skrócie można nazwać krytyką teologiczną, możne dlatego udawało mu się stawiać niekiedy bardzo celne pytania pod adresem analizowanych utworów, cóż, że nie zawsze udzielał na nie satysfakcjonujących odpowiedzi. Zwłaszcza dotyczy to obecności pierwiastków duchowości Wschodu, o czym inny krytyk napisał: Za jedną z najważniejszych spraw poruszonych przez Turczyńskiego uznać wypada kwestię osadzenia całej twórczości pisarza w kontekście Ukrainy. Ów rys symboliczności związany z mitem Ukrainy tkwił bardzo głęboko w świadomości i psychice Iwaszkiewicza, ujawniając się wielokrotnie w jego tekstach poetyckich i prozatorskich, w sposobie jego myślenia o świecie i literaturze.(Adam Dziadek, Pisanie Iwaszkiewicza, Arkusz 2002 nr 5). To jest niewątpliwie zasługa Turczyńskiego, że jako pierwszy wśród interpretatorów dokonał całościowej konfrontacji twórczości Iwaszkiewicza z tradycją i kulturą Ukrainy, uniwersum literatury rosyjskiej, Buninem, Tołstojem, Turgieniewym, Dostojewskim. Zmysłem intuicyjnym uchwycił te zagadnienia, które, jestem tego pewien, na długi czas określą krąg problemowy dla przyszłych badaczy. O tradycji bizantyjskiej w dziele Iwaszkiewicza wywodzący się z Kresów autor pisze w sposób iście bizantyjski. Do sedna jego myśli trzeba przebijać się przez gąszcz pustej retoryki, popisów erudycyjnych i zachwytów nad rzeczami oczywistymi. Jego tekst jest jak ruska ikona, do której przesłania teologicznego możemy dotrzeć po pokonaniu zwodniczego ornamentu i fałszywych złoceń.

Rozpatrywanie książek Turczyńskiego jako pozycji akademickich jest niewybaczalnym błędem, podejściem krzywdzącym tekst i jego autora. Nikt nie posiada bowiem monopolu na prawdę. Jest to, i należy podkreślić, dialog dwóch, podobne doświadczonych przez Historię, pisarzy. Turczyńskiego i Iwaszkiewicza. A żeby sprawa nie wyglądała zbyt oczywistą, pod piórem narratora Zęba mądrości oraz Pana Boga, pisarza i diabła, dość często następuje wymiana ról, przetworzenia sobowtórowe. Pisanie o Iwaszkiewiczu jest dla autora Tryptyku ruskiego zasadniczo sposobem na wyrażanie własnego światopoglądu, przekonań ideowych i artystycznych, właśnie dlatego sądy jego brzmią jakby były wygłaszane ex cathedra, stanowczo i bezapelacyjne. Postać „Iwachy” – ileż jeszcze pół żartobliwych określeń autora Brzeziny znajdziemy w tych książkach, zaś takim poklepywaniem po ramieniu został Chojnowski niemało dotknięty – mitycznego literackiego praojca własnej osobowości artystycznej Turczyński niewątpliwie darzy dużym szacunkiem i miłością. Żeby było ciekawiej, wpływ Iwaszkiewicza na samą twórczość słupskiego pisarza jest znikomy. Jak słusznie zauważył Adam Dziadek w odniesieniu do pierwszego zbioru esejów przepisuje on ponownie utwory Iwaszkiewicza nadając im własny sens. Otóż jego krytyce teologicznej niespodziewanie towarzyszą właściwości postmodernizmu: … Turczyński dokonuje moim zdaniem takiego właśnie gestu pisania Iwaszkiewicza, pisania jego biografii i jego tekstów, które bez żadnych wątpliwości nadają się właśnie, jak chciałby tego Roland Barthes, do ponownego napisania. Te utwory są – mówię to zgodnie z wyróżnieniem zaproponowanym przez niegdyś przez autora S/Z – scriptibles. (A. Dziadek, j.w.)

Pan Bóg, pisarz i diabeł to są trzy eseje ze wstępem, będące interpretacjami takich utworów Iwaszkiewicza, jak Anna Grazii, Matka Joanna od Aniołów, Kościół w Skaryszewie. Główny wątek rozpoznań krytycznych to problem zła w świecie, którego nosicielami są protagoniści danych opowiadań: Edmund, ojciec Suryn, ksiądz Konrad. W ujęciu autora wyrażają triadę zła – rodzącego się, tryumfującego oraz przezwyciężonego miłością Chrystusa. O ile taka interpretacja robi wrażenie spójnej, o tyle wnioski z niej płynące są jeszcze bardziej zaskakujące i wbrew intencji Turczyńskiego. Otóż, okazuje się, iż świat opowiadań Iwaszkiewicza zasadniczo jest pozbawiony prawdziwego Boga, zamiast niego mamy do czynienia z podróbką metafizyki. Nasz bohater [ks. Suryn] po raz kolejny przypomina, że znajdujemy się w świecie odwróconym, w świecie fałszu, pustych gestów, imitacji i parodii.” (s. 69). Także, w istocie swej Edmund, w którego postaci Turczyński widzi cechy lermontowskiego „smutnego demona”, jawi się w charakterze pozbawionego wiary libertyna, od czasu do czasu przywdziewającego maskę niegroźnego tak naprawdę szatana. Spójna teologiczna interpretacja sypie się prawie na każdej stronie obnażając chyba wbrew zamiarom autora niewygodną prawdę, iż nawet te utwory Iwaszkiewicza, w których występują wątki metafizyczne lub postacie księży są bohaterami, okazują się pozbawione Boga. Turczyński próbuje ratować sytuację wykorzystując swój potencjał erudycyjny, ale bogactwo przypadkowo dobranych cytatów, nawet pochodzących z tak zaszczytnych źródeł jak Biblia czy pisma Ojców Kościoła, niewiele czytelnika przekonuje. Autor stawia słuszną hipotezę o obecność wątków religijnych w dziele Iwaszkiewicza, ale udziela na nią zaskakującą odpowiedź. Po lekturze mam jasne przekonanie, że Boga w utworach pisarza ze Stawiska po prostu nie ma, jest pewna stylizacja, demonizacja zła, którego problem uczynił przedmiotem swej refleksji w czasie II Wojny Światowej. Zła, jakie ogarnia nawet dusze osób duchowych. Właśnie manicheizm mógłby być odpowiednim terminem interpretacyjnym otwierającym nowe możliwości przed badaczem danej problematyki, niestety Turczyński nie idzie tym tropem. Jego książkę należy także odnieść do innej pozycji, mianowicie Na progu Piotra Mitznera (Warszawa 2003), którą miałem zaszczyt recenzować właśnie w „Toposie” (3-4/2004). Jej autor, robiąc inwentaryzację wątków religijnych w twórczości Iwaszkiewicza, postarał się uniknąć jednoznacznych rozstrzygnięć i kategorycznych sformułowań. Pokazał sylwetkę pisarza jako osoby wahającej się między wiarą a jej brakiem, a mimo to obficie czerpiącego ze skarbnicy tradycji religijnej.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 5-6 2005

Opublikowane w:  on grudzień 30, 2007 at 1:18 am Dodaj komentarz
Tags: , ,

Piotr Mitzner, Na progu. Doświadczenia religijne w tekstach Jarosława Iwaszkiewicza

iwaszkiewicz
Piotr Mitzner, Na progu. Doświadczenia religijne w tekstach Jarosława Iwaszkiewicza
Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2003

Iwaszkiewicz mistyczny

Piotra Mitznera już mogliśmy poznać jako autora znakomitej książki „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Esej o małżeństwie” oraz kilku pomniejszych publikacji, m.in. dotyczących rosyjskich wierszy Iwaszkiewicza. Jego najnowsza praca to obszerna monografia „Na progu. Doświadczenia religijne w tekstach Jarosława Iwaszkiewicza”, w której stawia sobie za cel odtworzenie biografii duchowej i ewolucji poglądów pisarza w kwestiach wiary. Przy lekturze tej książki przede wszystkim uderza szeroki zakres uwzględnionych w niej tekstów samego Iwaszkiewicza, w tym niepublikowanych – od najwcześniejszych zapisów w dzienniku, pierwszych prób literackich, dramatów, które powstawały w „kijowskim” okresie twórczości, po utwory powszechnie znane i cenione. A jeżeli do tego dodać korespondencję, wypisy z dziennika żony, prozę wspomnieniową i przebogaty kontekst intertekstualny i kulturowy – książka Mitznera to praca o charakterze erudycyjnym, jedna z niewielu uwzględniająca całokształt twórczości Iwaszkiewicza, który pozostawił po sobie nie tylko tak bogatą spuściznę, ale chyba wykorzystał wszystkie istniejące gatunki, które ma tradycja do zaoferowania pisarzowi.

Książki tej po prostu brakowało. Przez wiele lat kwestia wiary pisarza była spychana na margines, chociażby wobec zagadnień estetycznych, filozoficznych, problematyki ogólnokulturowej, a przebogata paleta odczuć religijnych obecna w jego tekstach redukowana do wzmianki, że kiedyś w czasach „kijowskiej” młodości był pod wpływem bardzo wtedy popularnej książki W. Jamesa „Doświadczenie religijne”. Mitzner też idzie tropem porównania religijnej koncepcji angielskiego badacza i tekstów polskiego pisarza, choć z tego niewiele wynika, ponieważ ważniejsza wydaje się dla Iwaszkiewicza rodzima tradycja, co zresztą zostało w pracy potwierdzone. Warszawski polonista opisuje jakże często występujące w twórczości autora „Młynu nad Utratą” kościoły, postaci księży, symbolikę chrześcijańską, osadzając jego poszukiwania w szerokim kontekście europejskiej literatury katolickiej (Gide, Chesterton, Mauriac, Maritain, Bernanos), rosyjskiego modernizmu i duchowości prawosławnej, myśli protestanckiej, mitologii germańskiej, a nawet doszukując się wpływów poezji perskiej. Biorąc pod uwagę olbrzymi zakres materiału badawczego, książkę Mitznera składającą się z niewielkich, luźno między sobą powiązanych rozdziałów, można czytać jak słownik symboli i pojęć religijnych Iwaszkiewicza. Autor dużo uwagi poświęca prześledzeniu występowania wątków i toposów związanych ze sferą sacrum, jednocześnie pozostając blisko tekstu i faktów biograficznych, dzięki czemu książka ta nosi charakter przede wszystkim erudycyjno-ilustratywny. Chociaż we wstępie Mitzner deklaruje, że jego zadaniem będzie rekonstrukcja autobiografii duchowej Iwaszkeiwicza – systematyzację takiego pojęcia w teorii literatury przeprowadziła przede wszystkim Małgorzata Czermińska – jej najważniejszymi etapami byłaby wiara wyniesiona z domu rodzimego w Kalniku na Ukrainie, modernistyczne fascynacje, niełatwe przecież małżeństwo z Anną, trudne stosunki z kółkiem ks. Korniłowicza, a niekiedy wręcz szantaż ze strony J. Lieberta w sprawie nawrócenia, aż po egzystencjalne doświadczenie pustki i samotności, które prześladowały go w starości, to jednak autor nie przedstawia na przykład chronologicznego ujęcia problematyki autobiograficznej, analizując raczej stosunek pisarza do poszczególnych aspektów wiary i zbawienia, kultu religijnego i tradycji literatury duchowej na zasadzie dowolnego ułożenia materiału. Silnie zmetaforyzowane nazwy rozdziałów znacznie ułatwiają lekturę książki, niezrozumiałe natomiast jest użycie wyrazu „herezje” w tytułach dotyczących wpływów rozmaitych form duchowości (sufickiej, germańskiej, romantycznej), uderza także brak całościowego fragmentu tekstu omawiającego związki Iwaszkiewicza z rosyjskim modernizmem, w którym mistycyzm i metafizyka odgrywały tak doniosłą rolę, choć autor strawę tę porusza przy okazji omawiania innych tematów.

Mitzner nie proponuje nowej koncepcji osobowości twórczej pisarza, nie rozstrzyga kwestii „czy Iwaszkiewicz był pisarzem katolickim?” Unika jednoznacznych stwierdzeń starając się uporządkować świadectwa religijności w jego tekstach. Posługując się metaforą „progu” (inny wariant zaproponowanej przez Ritza „pograniczności”?) podkreśla złożony stosunek Iwaszkiewicza do kwestii wiary, co jest zrozumiałe, gdy wziąć pod uwagę homoerotyzm autora „Przyjaciół” i jego instytucjonalny związek z systemem PRL. Trudno bowiem pogodzić credo artysty z przykazaniami Dekalogu. Książka Miztnera może być ciekawa nie tylko dla polonistów, ale i wszystkich miłośników twórczości Iwaszkiewicza, rzuca bowiem światło na niesłusznie pomijany dotychczas złożony aspekt poszukiwań duchowych Iwaszkiewicza, a dzięki unikatowemu ujęcia całokształtu jego dzieła w przekroju gatunkowym i bogatym kontekstom kulturowo-literackim będzie ważną pozycją w literaturze przedmiotu.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w Topos 3-4 2004

Opublikowane w:  on grudzień 25, 2007 at 10:53 pm Dodaj komentarz
Tags: , ,