Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955

W Kijowie i gdzie indziej… Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza

Opublikowany pierwszy tom dzienników Jarosława Iwaszkiewicza to książka, na którą bardzo długo czekałem. Przed rozpoczęciem lektury towarzyszył mi niepokój. Z twórczością pisarza ze Stawiska regularnie obcuję już od ponad dziesięciu lat, ukształtował się we mnie pewien obraz i styl odbioru jego poezji i prozy, obawiałem się więc przewartościowania całej wiedzy o Iwaszkiewiczu, którą dotychczas posiadłem. Przeczytałem ten tom i odetchnąłem z ulgą. Iwaszkiewicz-diarysta absolutnie nie koliduje z jego wizerunkiem jako pisarza. Jest to ten sam Iwaszkiewicz.

Dzienniki Iwaszkiewicza znacząco odbiegają od utartego sposobu prowadzenia pamiętników. Pisarz traktował swoje notatki prywatne jako notatnik roboczy, z którego potem obficie czerpał materiał dla twórczości prozatorskiej czy eseistycznej. Zamiast pogłębionego obrazu życia wewnętrznego, czyli drogi biografii duchowej, spotykamy prawie wyłącznie opisy zjawisk zewnętrznych. Pisarz porównuje swoje zapiski z arcydziełami literatury pamiętnikarskiej, a dla Iwaszkiewicza były to przede wszystkim dzienniki Gide’a oraz Tołstoja, i w notatce od 22 stycznia 1955 poczynił wyznanie o charakterze metaliterackim: Dla mnie dziennik jest raczej chwilowym od czasu do czasu notowaniem dla siebie swoich przeżyć i myśli. Francuskiemu i rosyjskiemu pisarzowi zarzucał, że prowadzenie dzienników tak naprawdę służyło wyolbrzymieniu ich własnego „ja”, ulegali pysze i zarozumiałości, czego chciałby za wszelką cenę uniknąć. Iwaszkiewicz pisał dzienniki nieregularnie, ale są to notatki doskonałe pod względem formalnych, nawet najbłahsze zdarzenie pod wytrawnym piórem pisarza-stylisty przekształcają się w perełki literackie.

W pierwszym tomie mamy do czynienia z trzema większymi jednostkami – jest to tzw. dziennik kijowski (1911), potem zapiski z okresu okupacji hitlerowskiej, które prawie wszystkie powstawały na Stawisku, oraz notatki z lat 1949 – 1955, głównie poświęcone podróżom do Włoch, Francji, Belgii oraz Szwajcarii. Warta odnotowania jest praca redaktorów książki. Poruszane w dziennikach zdarzenia bardzo precyzyjnie i bezbłędnie zostały uzupełnione poprzez odwołania w przypisach do dzieł pisarza. Dla okresu kijowskiego będzie to oczywiście Książka moich wspomnień, notatek okupacyjnych – Notatki 1939-1945 oraz powieść Sława i chwała. Chociaż, gdyby czytelnik tej książki chciał na jej podstawie poznać topografię Iwaszkiewiczowskiego Kijowa, miałby duży problem, gdyż nie zawsze redaktorzy podają aktualne nazwy miejsc i ulic, dostosowane do realiów współczesnej stolicy Ukrainy. Dziennik kijowski Iwaszkiewicza jest zjawiskiem niespotykanym w dziejach literatury polskiej – w tej samej notatce obok siebie znajdziemy zdania w językach polskim, rosyjskim i ukraińskim. Świadczy to o otwartości tego miasta i w ogóle Ukrainy, gdzie przed rewolucją bolszewicką w pokojowej koegzystencji współistniały kultura polska, rosyjska i ukraińska – do syntezy właśnie tych trzech pierwiastków poszerzonych o perspektywę idei paneuropejskiej i mitu śródziemnomorskiego Iwaszkiewicz dążył przez całe swoje życie. Poznajemy trudne życie materialne młodego pisarza w Kijowie, gdzie musiał utrzymywać się z korepetycji i czasami dzielił mieszkanie z kozacką rodziną, która hulała na wielką skalę. Siedemnastoletni uczeń kijowskiego gimnazjum z wielkim żalem opisuje swoje nędzne ubranie, wspomina, że gdy brakowało mu na bilet tramwajowy musiał pokonywać długie dystanse na piechotę, a tymczasem jego bogaci przyjaciele-Rosjanie wydawali sturublowe banknoty na zabawy w restauracjach. Szczytem marzeń młodego Iwaszkiewicza było zaproszenie do podkijowskiego Malina, gdzie swoją posiadłość miał Jura Mikłucho–Makłaj, wnuk znanego rosyjskiego podróżnika. Trudna sytuacja materialna z okresu ukraińskiej młodości odcisnęła piętno na psychice Iwaszkiewicza, z którym miał borykać się przez całe swoje życie.

Zapiski z okresu okupacji hitlerowskiej sprawiają wrażenie czegoś przerażającego. Ujawnia się w nich podświadomy, niemal zwierzęcy lęk przed śmiercią od kuli okupanta. Wstrząsający jest opis podróży statkiem z Warszawy do Sandomierza, na którym wskutek donosu folksdeutscha doszło do rewizji rzeczy pisarza oraz przesłuchania go przez gestapo. Przejmujące są zdania, napisane tuż po upadku powstania warszawskiego, że Warszawa po prostu przestała istnieć, pozostały po niej jedynie gruzy. Wydaje się, iż w wyniku doświadczeń okupacyjnych Iwaszkiewicz przeszedł druzgocący kryzys osobisty i twórczy, a trzeba przypomnieć, że jego przedwojenna fascynacja kulturą niemiecką była jak najbardziej autentyczna. Być może właśnie w tym tkwi jego uległość wobec komunistycznych władz PRL, pisarz doszedł do wniosku, że każda władza, nawet narzucona przez Moskwę, jest lepsza od zbrodniczego reżimu hitlerowskiego zagrażającego samym podstawom istnienia biologicznego narodu polskiego, stąd bierze się jego autentyczna radość na widok radzieckich czołgów w Brwinowie.

Powojenny Iwaszkiewicz-diarysta jest przede wszystkim podróżnikiem. Powołując się na słynny cytat z wiersza Gałczyńskiego, że jego kraj to myszy, deszcz i Polska, woli opisywać wspaniałości Rzymu i Paryżu, niż rzeczywistość Polski Ludowej. Trudna sytuacja rodzinna – choroba psychiczna żony – powoduje, że prawie nie spotykamy zapisków poczynionych na Stawisku. Coraz częściej z rozpaczą pisze, że jest to przeklęty ibsenowski dom. Czuje się osamotniony i nikomu nie potrzebny. Stąd zapewne bierze się chęć nieustannego podróżowania po Europie, pobytu w hotelach i wynajmowanych mieszkaniach. W jego kontaktach z artystami z Europy Zachodniej coraz częściej pojawia się przypomnienie o sytuacji ubogiego krewnego z czasów kijowskiej młodości. Chociaż wyjazdy Iwaszkiewicza za granicę były finansowane przez rząd komunistyczny i mógł liczyć na wsparcie finansowe ambasad, nie zawsze to starczało na opłacenie wycieczek czy obiadów. W sytuacji bezdomności i wygnania, przypominających słynną ucieczkę Tołstoja z Jasnej Polany, pisze swoje opowiadania, sygnowane prawie zawsze Roma czy Palermo. W Polsce jego azylem jest Sandomierz. Warto odnotować zawarty w Dziennikach opis podróży do Włoch w listopadzie 1955 roku, z którego dwa fragmenty – podróż pociągiem z Rzymu do Neapolu oraz wizyta u Benedetta Crocego – w całości potem zostały włączone do Podróży do Włoch. Tutaj odnajdujemy całego Iwaszkiewicza, którego znamy. Arcydzieła malarstwa renesansowego, zabytki architektoniczne, wrażenia z odbioru dzieł muzycznych, przedstawień teatralnych, obrazki codzienności z włoskiej ulicy – to wszystko łączy się w czarującą mieszankę podniet estetycznych Iwaszkiewicza, który, w moim odczuciu, był ostatnim polskim artystą, jaki potrafił uchwycić tak wiele aspektów europejskiego dziedzictwa kulturowego.

Obecnie polska kultura preferuje polityczne style odbioru. Dysponujący funduszami politycy promują twórczość pisarzy, których światopogląd jest zbieżny z założeniami ich własnych partii. Prawica lansuje akowski, etosowski model literatury, z kolei, walcząca o przemiany obyczajowe, lewica gloryfikuje pisarzy (pisarki) o skłonności homoseksualnych czy lesbijskich. Iwaszkiewicz jest gdzieś pośrodku i zgodnie z określeniem Tomasza Burka jego twórczość jest obecnie dziełem niczyim, czyli nie stoi za nią żadna opcja polityczna. Dla lewicy ten czerwony hrabia jest niezbyt lewicowy, dla prawicy – kolaborantem i zdrajcą. Twórczość Iwaszkiewicza wiele mówi o nas samych, o stanie polskiej kultury. Nie jesteśmy dziś, w zacietrzewieniu polemik politycznych i lustracji, na nią przygotowani.

Dzienniki Iwaszkiewicza niewątpliwie przyczynią się do ożywienia badań nad życiem i twórczością tego pisarza. Zwłaszcza w sytuacji, gdy od dłuższego czasu nie odbyła się żadna konferencja polonistyczna poświęcona temu zagadnieniu. Poza pracami Ritza i Mitznera nie ukazały się ostatnim czasie ciekawe interpretacje dotyczące Iwaszkiewicza. W porównaniu z Miłoszem, Herbertem oraz Różewiczem twórczość Iwaszkiewicza funkcjonuje w pewnej izolacji i odosobnieniu. Być może dzienniki to zmienią. Z niecierpliwością czekam zatem na ukazanie się kolejnych dwóch tomów pamiętników mojego ulubionego pisarza.

Eugeniusz Sobol
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955, Czytelnik, Warszawa 2007

Opublikowane w: on luty 2, 2009 at 3:14 pm Komentarze (1)
Tags: , ,

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Wariat

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Wariat
Wydawnictwo Portret, Olsztyn 2007

Proza Huberta Klimko-Dobrzanieckiego jest właściwie trudna do zdefiniowania. Gdyby postarać się znaleźć dla niej pojemną formułę, byłby nią niewątpliwie realizm, ten spod znaku Maupassanta, wielkich realistów i naturalistów francuskich, dla których — podobnie jak dla mieszkającego obecnie w Islandii autora Wariata — najważniejsze jest odtworzenie prawdy w dziełach literackich, zgodność opisu z rzeczywistością, styl niezwykle oszczędny i obiektywny. Na próżno szukać w tej książce, zawierającej osiem starannie wyselekcjonowanych, doskonałych pod każdym względem opowiadań, przejawów uobecniania autora. Są to utwory bardzo dojrzałe, co jest zaskakujące, bo przecież mamy do czynienia z debiutem prozatorskim. Tematycznie w prozie Klimko-Dobrzanieckiego dominują dwa nurty: kulturowo-historyczny oraz metafizyczny, które wzajemnie się przeplatają i uzupełniają. Akcja wszystkich utworów dzieje się w dolnośląskiej Bielawie i jej okolicach, małej ojczyźnie pisarza. Czas historyczny jest motywem przewodnim całego zbioru i rozciąga się od końca lat 30., aż po okres wczesnego PRL-u. Ze względu na swój wiek autor nie mógł być świadkiem tamtych wydarzeń, jednak niezwykła sugestywność opisu oraz magia literatury wywołują u czytelnika wrażenie prawdziwości przedstawianych w książce zdarzeń. Ważnym elementem jego małej ojczyzny okazuje się przeszłość. Autor, nie opowiadając się po żadnej ze stron, opisuje zanik żywiołu niemieckiego na powojennym Śląsku Cieszyńskim, przyjazd i trudną adaptację repatriantów ze Wschodu, niełatwą kohabitację z Czechami na Południu. Autor bardzo dobrze spełnia się w opowiadaniu, często przyprawionych humorem, historyjek dotyczących ludzkich losów. W małomiasteczkowej atmosferze kryje się jednak niezwykły potencjał, niezaspokojony głód doznań metafizycznych. W kilku utworach Klimko-Dobrzaniecki wprost nawiązuje do mitu Ikara, jego daremnego lotu ku słońcu. Cóż, że cud w Bielawie bardzo często okazuje się sfingowanym oszustwem lub kończy się upadkiem Ikara (opowiadania Wariat, Marzenia, Cud). Bez tego pragnienia życie stałoby się nie do zniesienia.

Eugeniusz Sobol
Opublikowane w Topos 6 2007
Opublikowane w: on marzec 15, 2008 at 1:45 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Łukasz Stec, Bimber

Łukasz Stec, Bimber
Wydawnictwo Literackie Semper, Warszawa 2007

Bimber to zbiór opowiadań, debiut książkowy urodzonego w 1982 roku w Katowicach autora. Znajdziemy w nim utwory o dość różnym poziomie i tematyce. Wydaje się, że młody prozaik po prostu za wysoko ustawił sobie poprzeczkę, ponieważ w opowiadaniu tytułowym postanowił zawrzeć, ni mniej ni więcej, manifest programowy swojego pokolenia — roczników ‘80. Jesteśmy pokoleniem bimbru, pokoleniem substytutów, bo w czasie naszego urodzenia, stanie wojennym, Polacy w większości pędzili ten trunek — stwierdza autor. I co z tego? — chciałoby się zapytać. Stec opisuje losy grupy przyjaciół, studentów wynajmujących kamienicę, którzy odczuwając głód doznań metafizycznych i wstrząsów historycznych („Życie za łatwo się z nami obeszło, żadnej wojny, żadnej biedy, żadnej Solidarności i stanu wojennego”) nagle zachłystują się hasłami „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Narrator oraz jego otoczenie zaczynają się fascynować szeroko pojętą kulturą ukraińską, nawiązywać towarzyskie więzi z osobami pochodzącymi z Ukrainy. Czy zatem istotnym składnikiem wartości kulturowych owego pokolenia ’80 będą pierwiastki duchowości Wschodu? Na takie pytanie autor unika odpowiedzi zasłaniając się przemyślnymi metaforami. Zamiast bimbru mamy tu do czynienia z dość mętnym koktajlem niedopracowanych pomysłów. Uważam, że zaproponowana w Bimbrze polemika z ukształtowanym już przecież pojęciem pokolenia JPII po prostu się nie udała. Z wykształcenia socjolog, Stec jednak najlepiej spełnia się w prozie niezaangażowanej, gdy prezentuje utwory utrzymane w poetyce realizmu fantastycznego, na przykład w nawiązującym do Ferdydurkę Gombrowicza opowiadaniu Akademia.

Eugeniusz Sobol
Opublikowane w Topos 6 2007
Opublikowane w: on at 12:58 am Komentarze (2)
Tags: ,

Piotr Czakański, Zimno

Piotr Czakański, Zimno
Wydawnictwo FA-art, Katowice 2006

Zimno to zbiór opowiadań Piotra Czakańskiego, redaktora czasopisma Fa-art. Jest to wyimaginowana biografia człowieka ciężko doświadczonego przez wojnę, który dźwiga okrutne wspomnienia związane z egzekucją całej swej rodziny przez hitlerowców za przechowywanie Żydów. “Urodziłem się w grobie, kiedy kończył się marzec i ledwie zadomowił się tysiąc dziewięćset czterdzieści czwarty”. Akcja opowiadań Czakańskiego dzieje się we wsi na Galicji Wschodniej oraz Wiedniu, co stanowi bezpośrednie odwołanie do obecnego w prozie polskiej „mitu galicyjskiego”, powieści Buczkowskiego i Stryjkowskiego. Opis zagłady kultury na Kresach, jaka przez stulecia kształtowała się dzięki pokojowemu współżyciu Polaków i Żydów, uruchamia w świadomości bohatera procesy wspomnieniowe, które koncentrują się wokół postaci z czasów jego dzieciństwa i młodości. Doświadczenia wojenne określają los bohatera opowiadań Czakańskiego, jego życie w Austrii, dokąd emigruje, można nazwać tylko i wyłącznie biologicznym trwaniem. Obcując ze sztuką, uprawiając jazdę na nartach jednak zdaje sobie sprawę, że żyje w czasie zatrzymanym. Przypadkiem ocalały z pożogi wojennej spokojnie przygotowuje się na własną śmierć. Z poradnika lekarskiego dowiaduje się bowiem, że jest ciężko chory. Symbolem zapomnienia wszystkich koszmarów staje się więc dla niego trumna. Wojna jest traumą nieuleczalną, zdaje się mówić Czakański, możemy od niej uwolnić się tylko wtedy, gdy odejdą jej ostani świadkowie. Żadna sztuka czy kultura nie potrafią poradzić sobie z tym ogromem cierpienia.

Eugeniusz Sobol
Opublikowano w Topos 4 2007
Opublikowane w: on at 12:42 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Andrzej Braun, Cyrograf

Andrzej Braun, Cyrograf
Biblioteka „Tygla Kultury”, Łódź 2006

Powieść autobiograficzna Andrzeja Brauna

Cyrograf to najnowsza powieść Andrzeja Brauna, urodzonego w 1923 roku w Łodzi pisarza, autora 30 książek poetyckich, eseistycznych i prozatorskich. W tym utworze kontynuuje strategię pisarstwa autobiograficznego, z którą mieliśmy już do czynienia w jego wcześniejszych dziełach, ukazując los mieszkającego w powojennej Łodzi młodego pisarza Marka, czyja postać ma wiele cech wspólnych z życiem samego autora. Też jest byłym żołnierzem AK, jaki po wojnie wiąże się ze środowiskiem literackiej lewicy skupionej wokół czasopisma „Szaniec”. Braun stworzył typ bohatera – tragicznego moralisty, bliskiego ideałom conradowskim, napisał Włodzimierz Maciąg. Takie rozpoznanie nie do końca pasuje do bohatera Cyrografu, który zarówno w sferze ideowej tak i życiu osobistym idzie drogą zgubnych kompromisów nie mogąc dokonać tak naprawdę żadnego świadomego wyboru. Niewątpliwie, mit żołnierza AK wiernego ideałom walki przegranej jest stałym punktem odniesienia w twórczości Brauna. Tragizm bohatera w jego najnowszej powieści polega na tym, że w świadomości Marka odbywa się starcie pomiędzy tym, co uważa za słuszną sprawę i ogólnie mówiąc za prawdę, a pragnieniem zrealizowania własnego powołania artystycznego, jakie może odbyć się wyłącznie w ramach narzuconego po wojnie ustroju państwowego. Widząc obłudę komunistycznym dygnitarzy i zakłamanie lansowanych przez partię pokolenia nowych twórców, tzw. pryszczatych, mimo to daje się wciągnąć w polityczną manipulację, nowy system wsysa go do środka kusząc jak diabeł tytułowym cyrografem i proponuje możliwość awansu. Marek z radością przyjmuje wszelkie zaszczyty ofiarowane mu przez władzę, takie jak debiut na łamach prestiżowego czasopisma, publikację pierwszego tomiku wierszy, spotkania autorskie i wczasy w ośrodkach, jednak potrzeba wyraźnego samookreślenia się w ramach danej opcji politycznej wywołuje u niego rozdrażnienie i irytację. Jego system etyczny wydaje się wisieć w próżni nie podparty żadnym czynem zewnętrznym i w tym rozdwojeniu bohater prozy Brauna bliski jest postaci Janusza Myszyńskiego ze Sławy i chwały Jarosława Iwaszkiewicza.

Realizm powieściowy jest mocną stroną prozy Brauna. Autor po mistrzowsku odtwarza świadomość ludzi, którym udało się przeżyć w warunkach wojny, za wszelką cenę unikających wspomnień o tamtych czasach. Właśnie w okrucieństwie okupacji znajduje genezę cynizmu i postawy nihilistycznej „pryszczatych” pragnących za wszelką cenę korzystać z uroków życia i upajających się władzą. Zaangażowanie Marka w ukierunkowany ideowo nurt literacki znajduje dezaprobatę u jego rodziców, należących do przedwojennej inteligencji, zaś koledzy z oddziału Armii Krajowej oskarżają go wprost o zdradę. Widzi, że obecny ład społeczny niewiele ma wspólnego z tradycją polskiej lewicy, sygnalizowaną poprzez przywołanie nazwisk Żeromskiego oraz Piłsudskiego, z którą próbuje się utożsamiać, że jest to porządek przyniesiony na sowieckich bagnetach niewiele wspólnego mający z hasłami sprawiedliwości społecznej. Jednak stwierdza, że znacznie więcej go łączy z budowniczymi „nowej” Polski niż z przedwojennymi intelektualistami, zwolennikami „burżuazyjnego idealizmu”, których wykładów słucha na przykład w czasie zajęć polonistycznych na uniwersytecie. Lewicowość to postęp, bezapelacyjnie stwierdza ten debiutujący pisarz, zaś cieszący się poparciem władz nurt realizmu socjalistycznego szermujący nazwiskami Balzaka, Majakowskiego i Lukacsa zdobywa serca i umysły uniwersyteckiej młodzieży, spośród której werbuje kadry do walki ideologicznej. Emigracja lub życie na marginesie społeczeństwa, jedynie te dwie możliwości zostały dla tych, którzy nie zgadzają się z obecnym ustrojem.

Eugeniusz Sobol
Opublikowano w Topos 4 2007
Opublikowane w: on at 12:31 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Adam Ubertowski, Rezydenci

Adam Ubertowski, Rezydenci
Wydawnictwo Fa-art., Bytom 2006

Rezydenci w Sopocie

Rezydenci to tytuł najnowszej książki Adama Ubertowskiego, mieszkającego w Trójmieście pisarza, który już wydał powieści Podróż do ostatniej strony (1995), Szkice do obrazu batalistycznego (1998), Szczególny przypadek pani Pullmanowej (2001) oraz Bicz Boży (2003). Trójmiasto, a zwłaszcza Sopot, zawsze odgrywało znaczącą rolę w twórczości Ubertowskiego. Pisarz tworzy mitologię przestrzeni nadmorskiego miasta i ,trzeba przyznać, że ze znakomitym skutkiem. Jego wizja jest zupełnie odmienna od ukształtowanych przez prozę Grassa, Chwina czy Huellego wzorców przedstawiania miejskiej rzeczywistości. Dla „koryfeuszy” literackiego Gdańska teraźniejszość jest o tyle ważna, o ile zostaje zanurzona w bogatą we wspomnienia przeszłość i historię. Już sam tytuł najnowszej powieści Ubertowskiego, jaki niewątpliwie został zainspirowanym przez nowo powstały hotel „Rezydent” przy ulicy Kościuszki w Sopocie, wskazuje na pewną sytuację egzystencjalnego wykorzenienia jego bohaterów. Gdyby spróbować odszukać analogie dla tego typu literatury, to najbliższa by jej była tradycja powieściopisarstwa Kafki.

Trójmiasto w ujęciu autora Rezydentów to metropolia należąca do rekinów biznesu, finansjery i drapieżnych „białych kołnierzyków”. Stosunek do takiego świata narrator wyraża jednak przy pomocy lekkiej ironii, ukazując jego absurdalność i pustkę. Człowiek jest tutaj oceniany ze względu na model zegarka, markę samochodu, zasobność konta w banku. Brak sankcji metafizycznej lub moralnej powoduje rozluźnienie sfery obyczajowej u bohaterów powieści, którzy mówiąc o miłości prawie zawsze mają na uwadze łatwy seks. Znamienna pod tym względem jest postać Kowalskiego, młodego finansisty o nadnaturalnych zdolnościach: uwodzi w klubie kobietę pracującą w jego firmie, regularnie z nią się spotyka w weekendy, lecz nie potrafi rozpoznać jej w pracy. Dewaluacja miłości staje się głównym problemem w książce Ubertowskiego, wytrąceni z systemu wartości moralnych jej bohaterowie przeżywają dramat egzystencjalny, który polega na niemożności odnalezienia się w danej rzeczywistości. Znamienna pod tym względem jest postać Kobayashi, tajemniczego Japończyka, który przyjeżdża do nadmorskiej metropolii z poleceniem zakorzenienia się w tym mieście i burzącego ustalony tryb życia jego mieszkańców. Z jednej strony, jest bardzo wyraźnym symbolem sytuacji przybysza, losu tułacza, uogólnieniem nas wszystkim, bo, jak wiadomo, większość w Trójmieście stanowi właśnie ludność napływowa z innych regionów Polski lub Kresów, a także potomkowie takich rodzin. Z innej zaś – Kobayashi spełnia rolę mędrca-rezonera, niejako z zewnątrz osądzającego postępowanie innych bohaterów. Od razu nasuwa się porównanie z francuską literaturą oświeceniową, gdzie podobną funkcję postaci krytykującą cywilizację europejską, spełniał zazwyczaj Pers albo Chińczyk. Celowa typologizacja bohaterów jest mocną stroną prozy Ubertowskiego.

Pisząc o Rezydentach nie można nie wspomnieć o bardzo dokładnym i mistrzowskim odtworzeniem topografii Trójmiasta, właśnie jako całej aglomeracji. Centrum tak pojętej przestrzeni staje się Sopot, gdzie koncentruje się życie towarzyskie i splatają się losy bohaterów książki, a jego najbardziej znaczącym miejscem – klub „Spatif”. Wspaniały jest opis barmana tego klubu Wojtka, osoby, która istnieje rzeczywiście – czarodzieja, jaki przygotowuje przy kontuarze tajemnicze eliksiry miłosne: „Lubił jeszcze zakochanych, tak, może nawet tych lubił najbardziej. (…) Wymachiwał w powietrzu mikserem, stukał i pukał, dolewał kolejne składniki mikstury, wypowiadał tajemnicze zaklęcia i wreszcie wypełniał dwa małe pucharki płynem o barwie, jakie nie potrafiłaby wyczarować malarska wyobraźnia. A potem patrzył, jak pod wpływem jego napoju zaczynają się mieszać sława i gesty, ich usta zbliżają się do siebie, palce, dłonie, ciała splatają się nierozerwalnie jak korzenie drzew, by nagle zapaść się pod ziemię”. Kolejnym mitycznym miejscem sopockiej przestrzeni będzie plaża. W scenerii morza, piasku i słońca następuje ukojenie namiętności i intryg, jakich doświadczają bohaterowie powieści, tym arkadyjskim akcentem kończy się też cała książka.

Wydaje się, że celem Ubertowskiego jest stworzenie projektu literatury totalnej, obejmującej maksymalnie duży obszar ludzkiego doświadczenia. I rzeczywiście, w Rezydentach połączył ze sobą różne porządki czasowe polskiej współczesności, próbując uchwycić pełny obraz przemian społecznych. Tu obok siebie znajdziemy anarchistów walczących o wolność, brodatych stoczniowców, którzy stracili wiarę w niegdyś bronione ideały, biznesmenów pozbawionych skrupułów moralnych, milicjantów mordujących opozycjonistów, sprzedajnych polityków. Bogata paleta typologiczna bohaterów przesądza o pozytywnych walorach tej książki.

Eugeniusz Sobol
Opublikowane w Topos 1-2 2007
Opublikowane w: on at 12:05 am Dodaj komentarz
Tags: ,

Jáchym Topol, Nocna praca

Jáchym Topol, Nocna praca
przeł. Leszek Engielkind, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2004

Trzecia już po Siostrze i Aniele przełożona na polski książka wybitnego czeskiego prozaika. Jest to opowieść o przygodach dwóch braci, których ojciec, wysoki urzędnik państwowy, podejrzewany o szpiegostwo przez służbę bezpieczeństwa, wysyła na wieś wprost z rozjechanej przez radzieckie czołgi Pragi. Najważniejsze opozycje strukturalne, które Topol w sposób nienarzucający się wkomponowuje w świat swej prozy, to stolica-prowincja, wolność-zniewolenie, kultura-natura. Los opuszczonych przez rodziców chłopców, który autor opisuje w konwencji oniryczno-baśniowej, ukazany na tle panujących surowych obyczajów czeskiej wsi, której życie jest rządzone przez zabobony i przemoc, trochę przypomina Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego. Topol dokonał rzeczy niesamowitej. Osadzając akcję powieści na zabitej deskami wsi, właściwie pozbawionej kontaktu z cywilizacją, przedstawił wizję totalną świata pędzącego ku zagładzie, jaki właśnie widział każdy Czech w 1968 w czasie inwazji wojsk Układu Warszawskiego. Topol w sposób mistrzowski przerabia historię swego narodu na materiał literacki, posługując się przy tym wysoce dobraną metaforyką. Towarzysze ze sputników obserwują każde poruszenie człowieka, a w podziemnych bunkrach czają się upiorni esesmani. O tej książce można napisać bardzo wiele, ale najlepiej ją samemu przeczytać.

Eugeniusz Sobol

Opublikowane w: on marzec 14, 2008 at 11:27 pm Dodaj komentarz
Tags: ,

Ewa Schilling, Głupiec

Ewa Schilling, Głupiec
Korporacja Ha!art., Kraków 2005

Miłość w stylu les

Zawsze trudno jest mieć pozbawiony uprzedzeń stosunek do dzieł autorów, czyja twórczość jest opatrzona wyraźną etykietką ideologiczną. Tak jest w przypadku Ewy Schilling, o której książce pt. Głupiec, wydawca pisze w posłowie, że jest najbardziej rozpoznawaną w Polsce autorką prozy lesbijskiej. Pomimo tego niezbyt sprzyjającego lekturze uwikłania powieść mnie zaskoczyła i w pewnym sensie przekonała do poruszanych w niej problemów. Jest to historia miłości starzejącej się już polonistki Aliny z jej uczennicą Anką. Można by było pomyśleć, że jest to prostu lesbijski wariant Lolity Nabokova, próbą jej naśladowania i napisania skandalizującej powieści obyczajowej, która jest obliczona na tanią prowokację i wrzawę medialną. Jest kobiecą parafrazą Lubiewa Witkowskiego. Ale widocznie autorce nie o to chodziło. Jest to jedna z najpiękniejszych książek o miłości, jaką kiedykolwiek przeczytałem. Schilling po mistrzowsku przedstawia walkę wewnętrzną toczącą się w świadomości Aliny, która rozumie, iż związek z nastoletnią uczennicą będzie oznaczał dla niej jedno – utratę pracę, infamię w społeczeństwie. Dla rozczarowanej nie tylko relacjami z mężczyznami, ale także brakiem zrozumienia ze strony przyjaciółek dla swej wrażliwej artystycznej natury, Anka okazuje się prawdziwym objawieniem. Powieść jest przepełniona zachwycającymi opisami sensualnego odczuwania świata, jego kolorów, zapachów, zimna, gorąca, chropowatości rzeczy, które towarzyszą emocjonalnym stanom zakochania Aliny, odpychaniu i szaleńczemu pragnieniu bycia za wszelką cenę ze swą uczennicą. W pewnym sensie, Anka staje się sobowtórowym odbiciem słabej neuralgicznej osobowości Aliny, projekcją mocnej kobiety wierzącej w miłość i dążącej do szczęścia.

Lecz istnieje także ciemna strona tej powieści. Jest nią atmosfera paranoidalnego lęku przed represjami z powodu swej odmienności seksualnej. Presja ze strony członków rodziny, którzy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniają się w nieubłaganych i podstępnych wrogów. Plotki, podszepty, intrygi, podsłuchiwanie i potajemne rewizje, nakłanianie do wizyt u psychologa – skądś to wszystko pamiętamy – ano tak z autopsji lub książek opisujących ponurą rzeczywistość reżymu komunistycznego. I pomyśleć tylko, że dzieje się to wszystko w demokratycznym państwie! Represyjna strona systemu, wszechwładnej opinii społeczne nie tylko oznacza bierne potępienie związków lesbijskich, jakże wiele na łamach powieści jest złamanych życiorysów młodych dziewczyn, które z powodu patologii społecznych istniejących w rodzinach weszły na ścieżkę miłości jednopłciowej. Przestrogą dla Aliny jest los innej nauczycielki Grażyny, która nie wytrzymawszy takie presji popełniła samobójstwo. Sekunduje jej dramat Ulci, innej uczennicy tegoż liceum, notorycznie gwałconej przez swego ojca, która tylko dzięki interwencji Anki i Aliny nie zostaje przez niego zamordowana. Niemniej dramatyczna jest jak gdyby spowiedź księdza Wacława, który usiłując nawrócić z sodomistycznej drogi jedną ze swych parafianek, zmuszą ją do wzięcia ślubu z niekochanym mężczyzną, w ten sposób przyczyniając się w sposób pośredni do jej samobójczej śmierci. Takie przykłady można mnożyć. W tej sytuacji niby to wyjściem dla osoby o skłonnościach lesbijskich okazuje się emigracja z prowincjonalnego miasteczka, gdzie panują przesądy i nietolerancja. Do bardziej liberalnej i anonimowej Warszawy, czy to jednego z krajów Zachodu. Ale Alina trwa niewzruszenie, co więcej stara się jak może żeby szukać dialogu ze społeczeństwem, jedną z takich prób staje się jej pasja pisarska. I pomimo niesprzyjających ku temu okoliczności zamanifestować swą tożsamość/odrębność seksualną. Będąc córką pastora szuka egzystencjalnego uzasadnienia swej miłości w Biblii. Tytułowy Głupiec to nie jest, jak by można pomyśleć, mężczyzna, który nie potrafił zapewnić szczęścia Alinie powodując rozwój u niej skłonności lesbijskich. Chociaż ten akcent też został w książce zarysowany. Jest to jedna z kart tarota oznaczająca bezgraniczną wiarę we własne szczęście.

Eugeniusz Sobol

Opublikowano w Topos 4 2006

Opublikowane w: on marzec 7, 2008 at 11:27 pm Komentarze (1)
Tags: ,

Zbigniew W. Fronczek, Wyznania grabarza

Zbigniew W. Fronczek, Wyznania grabarza
Książka i Wiedza, Warszawa 2004

Bardzo ciekawa książka, której autor z powodzeniem reaktywuje znany w literaturze staropolskiej gatunek facecji. Gawędziarskim stylem opowiada dykteryjki o postaciach z rodzimej historii na trwale zadomowionych w pamięci zbiorowej narodu. Porównuje ze sobą najbardziej zaskakujące fakty z życia znanych osobistości starając się odnaleźć archetypiczne wzorce ludzkich zachowań. Kolosalna erudycja autora książki ma jednocześnie wyraźne ukierunkowanie na polskie dzieje, co wydaje się niezwykle ważne teraz, gdy na porządku dziennym jest bezkrytyczne przyjmowanie obcych wzorów. O tym świadczą tytuły poszczególnych tekstów: Don Juan z Osieka, Roksolana – Fedra z Rohatynia, Joanna d’Arc znad Wieprza. Oprócz ciekawych opowieści z życia fikcyjnych i rzeczywistych postaci historycznych znajdziemy także w książce sporo anegdot i niewiarygodnych faktów z życia polskich pisarzy, swoiście zinterpretowanych przez autora –Mickiewicza, Reymonta, Żeromskiego, Grabińskiego. Za najciekawszą należy uznać historię Henryka Wokulskiego (Zamachowiec Wokulski), ucznia lubelskiego gimnazjum, który planował …. porwanie cara Mikołaja II, a zamiast za uwolnienie monarchy miał zażądać wycofania rosyjskich wojsk z Polski! Postaci, która stała się potem prototypem powieściowego Wokulskiego z Lalki Bolesława Prusa. W sytuacji, gdy najnowsza polska literatura znajduję się w kryzysie, jakim jest brak tzw. wielkich narracji, których śmierć ogłosił postmodernizm, i wiąże się z tym płytkość podejmowanych przez nią tematów, Zbigniew Fronczek czerpie garściami ze skarbnicy rodzimej historii, dokonując jej projekcji na współczesność, w czym nawiązuje do najlepszych tradycji powieściopisarstwa historycznego, w tym kontekście wystarczy przywołać nazwisko Teodora Parnickiego.

Eugeniusz Sobol

Opublikowano w Topos 3 2006

Opublikowane w: on at 11:02 pm Dodaj komentarz
Tags: ,

Bogusław Marek Borawski, Tęcza

Bogusław Marek Borawski, Tęcza
Biblioteka Kartek, Białystok 2005

Książka pochodzącego z Warmii i urodzonego w 1952 r. autora jest powieścią opartą na wątkach autobiograficznych. Porusza tak ważny i, wydaje się od zawsze obecny w literaturze, problem rozdźwięku pomiędzy rzeczywistością a marzeniem uosabianym poprzez postać mistycznej Marii. W związkach z przypadkowymi kobietami bohatera prześladuje jej obraz. A do tego, po zwolnieniu z pracy dla agencji fotograficznej, zaczyna odkrywać w sobie powołanie pisarza. “Tęcza” jest opisem podróży wewnętrznej w wymiarze egzystencjalnym, dążeniem do poszukiwania obrazu kobiety idealnej, a poprzez to jedności ze światem. Borawski odwołuje się do głównych mitów kultury europejskiej, najważniejszego pośród nich – Odyseusza, a także utworów Bułhakowa, poezji anglojęzycznej. Największy poziom liryzmu autor osiąga tworząc onirystyczne wizje, w których pojawia się ubóstwiana przez niego kobieta. Jej piękno idealne w sposób wyraźny kontrastuje z zachłannością i pragnieniem posiadania, które charakteryzuje jego przyjaciółki istniejące w rzeczywistości. Trafne tutaj wydaje się porównanie gry miłosnej do walni wędkarza ze swoją zdobyczą. Ciekawe jest zakończenie powieści. Wbrew utarty konwencjom powieści o dojrzewaniu artysty, która zazwyczaj kończy się porażką idealistycznego światopoglądu bohatera i tryumfem materii nad duchem, główna postać powieści Borawskiego, w czasie szczególnie intensywnego widzenia obrazu Marii wysadza się w powietrze na jachcie wypełnionym dynamitem.

Eugeniusz Sobol

Opublikowano w Topos 3 2006

Opublikowane w: on at 10:43 pm Dodaj komentarz
Tags: ,